wtorek, 14 lutego 2017

Kasacja



"Syn biznesmena zostaje oskarżony o zabicie dwóch osób. Sprawa wydaje się oczywista. Potencjalny winowajca spędza bowiem 10 dni zamknięty w swoim mieszkaniu w towarzystwie ciał zamordowanych osób. 
Sprawę prowadzi Joanna Chyłka, pracująca dla bezwzględnej, warszawskiej korporacji. Nieprzebierająca w środkach prawniczka, która zrobi wszystko, by odnieść zwycięstwo w batalii sądowej. Pomaga jej młody, zafascynowany przełożoną, aplikant Kordian Oryński. Czy jednak wspólnie zdołają doprowadzić sprawę do szczęśliwego finału?"

/Wydawnictwo Czwarta Strona/

Z naszym rodzimym rynkiem wydawniczym jestem nieco na bakier. Postanowiłam sobie, że w tym roku sięgnę po książki choć kilku polskich autorów i na pierwszy ogień wybrałam Remigiusza Mroza, którego wszyscy dookoła tak chwalą. Pamiętając o moim rozczarowaniu innym polskim pisarskim "objawieniem", czyli Katarzyną Bondą, starałam się nie nastawiać na zbyt wiele. Ale kiedy autor ma na swoim koncie tyle zachwytów, co Mróz, ciężko jest nie spodziewać się po nim czegoś naprawdę dobrego. Tak czy inaczej, zaczęłam czytać "Kasację", oczekując jedynie naprawdę dobrej rozrywki.

"Kasacja" to pierwsza część obszerniejszego cyklu o Chyłce i Zordonie, dwójce prawników pracujących w cenionej warszawskiej kancelarii. Powieść oscyluje w granicach thrillera czy kryminału prawniczego, choć tak naprawdę samemu zabójstwu Mróz nie poświęcił zbyt wiele uwagi. Na prowadzenie wysuwa się świat wielkomiejskiej "kancy" i relacji między jej pracownikami, a także główna intryga obracająca się wokoło przestępczego światka, nakręcanego przez człowieka, którego wszyscy się boją, ale którego nikt poza jego świtą nie zna, ani nie potrafi namierzyć -Siwowłosego. Pracujący nad sprawą oskarżonego o podwójne zabójstwo Piotra Langera, Chyłka i jej podopieczny Kordian aka Zordon zostają wciągnięci w machinę sterowaną przez prawą rękę Siwowłosego, Gorzyma. Szybko okazuje się, że są tylko trybikami tej wielkiej maszyny i muszą grać tak, jak im zagrają.

Fabuła jest wartka, co kilkadziesiąt stron pojawia się jakiś zwrot akcji, który sprawia, że ciężko jest odłożyć książkę, nie zastanawiając się, co będzie dalej albo nie bojąc się o los głównych bohaterów. Śledztwo jest ciekawe o tyle, że jest prowadzone przez dwójkę prawników, a nie policjantów, co z pewnością jest powiewem świeżości w dziedzinie kryminałów. Poza tym nie zaskakuje specjalnie oryginalnością.

Bardzo dużą rolę w "Kasacji" odgrywają główni bohaterzy. Joanna Chyłka to doświadczona prawniczka, świetna w swojej profesji i twardo stąpająca po ziemi. Kordian Oryński dopiero zaczyna swoją karierę w Kancelarii Żelazny & McVay, jest pełen zapału, ale tak naprawdę niewielkie ma pojęcie o tym, co oznacza praca w warszawskim korpo. Ciekawy jest kontrast pomiędzy Chyłką a Zordonem - tutaj to kobieta jest tą mocniejszą stroną, to ona dyktuje warunki i co rusz wytyka swojemu aplikantowi brak męskości. Pali Marlboro i śmieje się z cienkich Davidoffów Oryńskiego; pochłania soczyste żeberka, kiedy Kordian zamawia łososia. Duet ten z pewnością jednak nie został nakreślony idealnie, bo o ile chwilami te znaczące różnice pomiędzy głównymi bohaterami są dużą zaletą powieści, to często zostaję niepotrzebnie wyolbrzmione. W efekcie Chyłka bywa irytująca i przerysowana, a Kordian wydaje się zupełnie bez wyrazu. Być może kolejne części cyklu powiedzą coś więcej o młodym prawniku - ale jeśli nie, to duża szkoda, bo ginie on zupełnie w cieniu swojej mentorki.

Mróz jest bardzo młodym pisarzem i odbija się to na sposobie, w jaki pisze. Spodziewałam się po "Kasacji" dużo bardziej mrocznej i poważnej atmosfery, a okazało się, że styl autora jest wyjątkowo lekki, żeby nie powiedzieć - licealny. Narracja sprawia wrażenie, że mogła zostać poprowadzona przez kogokolwiek, nie czuje się tu wprawnego pióra. Z drugiej strony natomiast Mróz posługuje się językiem odpowiednim dla ludzi, o których pisze - młodych, wyzwolnych, często wulgarnych. Dialogi są dzięki temu naturalne, czasem zabawne. Pewnie nie każdemu przypadnie do gustu spora liczba zapożyczeń z angielskiego, ale moim zdaniem dobrze oddaje to naturę dzisiejszego mówionego polskiego. Koniec końców, na pewno Mrozowi poszło lepiej niż opiewanej przez wielu Katarzynie Bondzie, której sztucznych dialogów czasem nie da się czytać.

Pomimo paru mankamentów, "Kasacja" spełnia swoje zadanie. Miała to być lekka historia z kryminalnym smaczkiem i tak było. Miała to być książka, którą połyka się w dwa wieczory, dla czystej rozrywki - i tak było. Dlatego też wystawiam solidne cztery i dam Mrozowi jeszcze niejedną szansę.

wtorek, 7 lutego 2017

Stos hańby


Wstyd i hańba! Półki w moim domu się uginają pod ciężarem nieprzeczytanych jeszcze książek, podobnie parapet. Niedługo pewnie podłoga zacznie skrzypieć, bo tam będę musiała układać moje kolejne papierowe piękności. Na początku stycznia na bookstagramie pojawiła się inicjatywa pokazania swojego #stosuhańby, czyli tych książek, które kupiło się w ubiegłym roku i dotąd nie przeczytało. Pomysł jest, moim zdaniem, świetny, bo mobilizuje do tego, żeby zastanowić się nad swoimi czytelniczymi zwyczajami. Prawda jest taka, że ja miesięcznie stanowczo więcej książek kupuję niż czytam. Nie powiem, to cudowne uzależnienie, jednak nietrudno jest w tym szale zakupów pogubić się w tym, ilu książek nawet się nie tknęło.



Dlatego też pokazuję Wam mój Stos Hańby! Zdecydowanie nie są to wszystkie moje nieprzeczytane zakupy z 2016 roku. Wybrałam spośród nich dziesięć tytułów, które zobowiązuję się w tym roku przeczytać. No bo to przecież wstyd, żeby tak biedne i zapomniane stały na półce!

Od góry:

1. Genialna przyjaciółka
2. Slow life
3. The Silkworm/ Jedwabnik
4. The Bell Jar/ Szklany klosz
5. Oranges are not the Only Fruit/ Nie tylko pomarańcze
6. Gone Girl/ Zaginiona dziewczyna
7. The Taxidermist's Daughter
8. The Paying Guests/ Za ścianą
9. Uległość
10. Ósme życie


Pokażcie swoje Stosy Hańby! :)

niedziela, 13 listopada 2016

Zakupy!
























Lubię zakupy. Nie stresują mnie wyprawy w poszukiwaniu nowych ubrań, a wypady do supermarketu po jedzenie są dla mnie dużą frajdą. Nie sposób jednak porównać "zwykłych" zakupów do polowania na książki. Nic chyba nie wzbudza we mnie tylu emocji, jak widok papierowych piękności czekających na to, żebym je wybrała i zaniosła ze sobą do domu. ;)

Od jakiegoś czasu moje podejście do kupowania książek trochę się jednak zmieniło. Kiedy byłam młodsza, najbardziej lubiłam kupować swieżutkie, nietknięte egzemplarze z księgarni. Każdy tom uważnie oglądałam, żeby się upewnić czy przypadkiem nie ma jakichś zagnieceń czy innych niedoskonałości, i naturalną zasadą było dla mnie to, że nikt inny przede mną tej książki przeczytać nie może. Pamiętam irytację mojej mamy, kiedy psioczyłam, że ona chce przeczytać jakąś z moich książek jako pierwsza. "A co, litery ci wyczytam?", dziwiła się. A ja obstawiałam przy swoim i denerwowałam się na myśl, że ktoś może wymacać moją książkę, zanim ja to zrobię. Dziś moje nastawienie do książek jest inne. Oczywiście, że nadal uwielbiam nowiutkie tomy, pachnące tuszem i świeżym papierem. Coraz bardziej jednak doceniam urok kupowania książek z drugiej ręki.

Czemu nie przygarnąć książki, której nikt już nie chce? Zalet jest cała masa. Za używany egzemplarz zapłacimy zwykle połowę (albo nawet mniej, moja najtańsza zdobycz kosztowała 9,50 plus koszt wysyłki) oryginalnej ceny, a poza tym damy książce drugi dom i ocalimy być może parę drzew. Poza tym, każda z takich książek ma w sobie jakąś dodatkową historię. Często w środku znajdziemy paragon (ostatnio natknęłam się na paragon z księgarnio-kawiarni w Glasgow), kawałek karteczki, zakładkę, podpis poprzedniego właściciela. Dla mnie ma to w sobie sporo magii. 

Przyznam, że takie podejście przydaje się jeszcze bardziej, kiedy chce się inwestować w książki zagraniczne. Nie jest tajemnicą, że książki obcojęzyczne, szczególnie te po angielsku, są bardzo łatwo dostępne w Polsce, ale niestety trzeba za nie niemało zapłacić. Często płaciłam za jeden tom 80 złotych, albo i więcej. Idealnym rozwiązaniem w takiej sytuacji jest więc wybieranie książek używanych. Ja takie polowania na okazje ostatnio bardzo lubię i dzięki temu moją kolekcję wzbogaciło kilka ciekawych tytułów.

Poniżej możecie zobaczyć, co konkretnie zasiliło szeregi zamieszkujące mój regał z książkami:


Zdobywcy nagrody Bookera razy dwa! Wstyd, że tak mało znam współczesnych geniuszy. Czas to nadrobić. :)

Dwie wyjątkowe panie - Sylvia Plath i Jeanette Winterson. Wiersze Plath trafiają do mnie w stu procentach, dlatego też od dawna już chciałam przeczytać jej słynny "The Bell Jar" ("Szklany klosz"). Nareszcie będę miała ku temu okazję. Winterson natomiast jest jednym z moich ostatnich objawień. Jeśli jeszcze nie znacie tej autorki, nadrabiajcie czym prędzej. Pisze pięknie i mądrze.

Kureishi jest najbardziej chyba znany z "Buddy z przedmieścia", ale na moim kursie literatury będziemy omawiać "The Black Album". To będzie moje pierwsze spotkanie z tym autorem, podobnie jak w przypadku Patricka McCabe, irlandzkiego pisarza, który w "Breakfast on Pluto" porusza temat transpłciowości.


Nie sądzę, żebym musiała przedstawiać komuś Gillian Flynn, która stała się bardzo popularna za sprawą "Zaginionej dziewczyny" ("Gone Girl"). Nie oglądałam, nie czytałam, ale nasłuchałam się tyle dobrego, że też chcę wiedzieć, o co chodzi! Donna Tartt to już legenda i bardzo długo polowałam na jej "Małego przyjaciela". Mam nadzieję, że się nie zawiodę.

A Wy? Kupujecie używane książki? Jeśli tak, co ostatnio udało Wam się przygarnąć do swojej kolekcji?

poniedziałek, 24 października 2016

Był sobie chłopiec


"Will Freeman ma trzydzieści sześć lat, mieszka w Londynie i nie ma stałej pracy. Wiedzie niefrasobliwy żywot singla, gustuje jednak w samotnych matkach, które, jak mu się wydaje, są wymarzonym ideałem partnerki. Wymyśla więc sobie syna i dzięki temu dostaje się na zebranie grupy rodziców samodzielnie wychowujących dzieci. Tam poznaje Marcusa - dziwacznego dwunastolatka, który ma problemy w szkole i w domu. Co wyniknie z tego spotkania tak różnych osobliwości?"

/Wydawnictwo Zysk i S-ka/

BYŁ SOBIE BANANOWY CHŁOPIEC...

... i pewnego razu spotkał drugiego chłopca, który wywrócił jego życie do góry nogami. A tak naprawdę, ten bananowy chłopiec wcale nie był chłopcem, a dorosłym, prawie czterdziestoletnim mężczyzną. Will, bo tak mu na imię, wymknął się standardom, do których muszą dopasować się dorośli ludzie. Nie pracuje, nie ma obowiązków, nie potrafi utrzymać poważnego związku... Jest modny, wie, co jest na topie, znajduje sobie całą masę rozrywek, ale i mnóstwo wymówek, które jakoś odwiodą jego myśli od poczucia bezsensu i samotności. Z jednej strony mogłoby się wydawać, że jego życie to wymarzony scenariusz dla każdego z nas: ma być łatwo i przyjemnie. Szybko jednak okazuje się, że ta idylla ma swoje wady. Kiedy przychodzą Święta Bożego Narodzenia, Will desperacko poszukuje sposóbów, by podtrzymać swój chłód i dystans do wszystkiego dookoła. Tylko dzięki takiej masce udaje mu się być względnie szczęśliwym.

Will nie jest jedynym chłopcem w tej powieści - równie ważnym bohaterem jest Marcus, dwunastolatek, który dopiero co przeprowadził się z mamą do Londynu. Jego rodzice rozwiedli się jakiś czas temu, a matka zmaga się z depresją. Marcus nie jest zwykłym dzieckiem i łatwo to zauważyć. Kiedy zaczyna szkołę w nowym mieście, dzieciaki szybko pokazują mu, jak bardzo jest od nich inny. Marcus wszystko ma nie na miejscu: buty, fryzurę, zainteresowania. Nie wpasowuje się w tłum, bo nie wie jak to zrobić, ani nawet tego nie chce. Jego życie komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy pewnego dnia wracając do domu ze spotkania klubu samotnych rodziców, zastaje swoją mamę tuż po próbie samobójczej. 

Dopiero w tym momencie losy Willa i Marcusa tak naprawdę się krzyżują, jako że Will wstępuje do klubu samotnych rodziców, żeby poznać jakąś atrakcyjną matkę, która łatwo ulegnie jego urokowi (kto by się przejmował, że jego "dziecko" jest wyimaginowane, na potrzeby sytuacji). Dołączając się do Marcusa i jego opiekunki, Will widzi, że sytuacja w domu chłopca nie wygląda najlepiej. Żaden z nich jednak nie podejrzewa, że lada moment zaczną być dla siebie nawzajem tak ważni. Dwóch chłopców, jeden dwunastoletni, drugi - trzydziestościolatek, a jednak ta mieszanka działa i z dnia na dzień coraz bardziej zmienia ich życie.

Hornby osadza swoją historię w latach 90., gdzie w radiu słychać kultową dziś Nirvanę, a nastoletni fani grunge'u opłakują samobójstwo Kurta Cobaina. Pośród klasyków popkultury tamtego stulecia dzieje się historia Willa i Marcusa, opowiedziana lekko, ale z pewnością nie bez znaczenia. Choć autor często pisze dowcipnie i z przymrużeniem oka, wydarzenia, które przybliża czytelnikowi, to obraz zagubienia, depresji, samotności i społecznego wykluczenia. Tytułowy chłopiec w tej książce to zarówno Marcus, jak i Will. Choć dzieli ich tak wiele lat, ich problemy zdają się być swoim lustrzanym odbiciem. Jeden i drugi wymknął się kategoriom swojego przedziału wiekowego, choć każdy z nich w skrajnie różną stronę, żaden z nich nie pasuje i nie robi tego, czego społeczeństwo od niego oczekuje. Choć osobno są nieporadni, to razem tworzą zgrany duet i zaczynają uczyć się od siebie.

"Był sobie chłopiec" to książka niewielkich rozmiarów, którą czyta się błyskawicznie. Niesie za sobą sporą dawkę nostalgii - za czasami, które były dobre i jedyne w swoim rodzaju, ale dawno już minęły (chlip, Cobain, chlip!), za młodzieńczą beztroskością, za buntem. Jest to historia, która zarazem jest wesoła i smutna. Nie zmieniła mojego życia, nie uważam Hornby'ego za wybitnego pisarza, ale i tak myślę, że spisał się dobrze. Udało mu się uchwycić sporo detali, na które zwykle nie zwracamy uwagi, i trafnie je opisać. A przy tym jeszcze opowiedział o niezrozumieniu, a to jest temat zawsze aktualny. I jak widać na przykładzie tej historii, może dotknąć każdego, nieważne ile ma się lat.

poniedziałek, 17 października 2016

Trupia farma























"Zapraszamy w leśne ostępy Tennessee. Na niewielkim obszarze leżą tu ludzkie zwłoki: zakopane w ziemi lub zanurzone w wodzie, zatopione w bagnach oraz ukryte w bagażnikach samochodów. To słynna Trupia Farma, wyjątkowy projekt naukowy Billa Bassa, który bada, co dzieje się z ludzkimi ciałami po śmierci, gdy natura bierze sprawy w swoje ręce."

/Wydawnictwo Znak/


GOTOWANE KOŚCI I INNE KRYMINALNE KĄSKI

"Trupia farma" Billa Bassa jest znana wielbicielom kryminalistyki i kryminałów nie tylko jako dość upiorny ośrodek badawczy w Knoxville, ale także jako książka, która opowiada o powstaniu oraz rozwoju jedynego takiego miejsca, gdzie prowadzone są badania nad rozkładem ludzkiego ciała. Wśród moich znajomych ta pozycja jest obowiązkową lekturą, dlatego ucieszyłam się, kiedy i mnie nadarzyła się okazja, żeby tę książkę przeczytać. No bo czy ta urokliwa czaszka z kwiatkiem w zębach na okładce nie zapowiada fascynującej lektury?

Historia opowiedziana przez Billa Bassa, założyciela Trupiej Farmy, została spisana przez Jona Jeffersona w kilku niedługich rozdziałach. Właściwie prawie każdy rozdział można przeczytać samodzielnie, jako że książka składa się z niejako odrębnych historii. Na samym początku czytelnik dowiaduje się co nieco na temat początków kariery doktora Bassa, kiedy to naukowiec zajmował się odkopywaniem grobów Indian Północnoamerykańskich i w ten sposób próbował zaobserwować prawidła rządzące ciałem ludzkim po śmierci. Choć wstęp bardziej przypomina archeologię, niż kryminalistykę, akcja "właściwa" szybko zajmuje miejsce w blasku reflektorów i zaczyna się prawdziwa zabawa.

Bass opisuje swoje doświadczenia na przykładach ciał i szkieletów, z jakimi przyszło mu pracować podczas swojej wieloletniej kariery. Oprócz technicznej wiedzy, dzieli się z czytelnikiem szerszą historią dotyczącą ofiary i sprawcy, przedstawia zarówno tło, jak i późniejsze wydarzenia. Po części więc książka przypomina zbiór opowiadań z wątkiem kryminalnym. Historie te są dość ciekawie i lekko skonstruowane, czyta się je bardzo szybko, ale co mnie zaskoczyło, nie są wcale przerażające. Choć wydarzenia, które Bass przywołuje, mogłyby z pewnością zmrozić krew w żyłach (gwałty, podpalenia, gotowanie, krojenie czy mielenie kości), to sposób, w jaki założyciel Trupiej Farmy je opowiada, często bywa dowcipny i raczej nie sprawi, że nie będziemy mogli zasnąć w nocy.

Inną sprawą jest natomiast to, jak wrażliwy ma się żołądek. Jeśli brzydzi was wszystko, co związane jest z ranami, robakami czy kośćmi, mogę tę książkę odradzić od razu. Dla mnie jednak opowiadania doktora Bassa były wciągające - do tej pory nie wiedziałam na przykład, że ludzie ciało może przekształcić się w prawie nagi szkielet w ciągu zaledwie dwóch miesięcy, albo że u zabitego człowieka najpierw zniknie twarz, bo to ją robaki lubią zjadać najbardziej.

Nie odbierając "Trupiej farmie" uznania za ciekawe historie i przystępnie przedstawione techniczne fakty, muszę jednak przyznać, że chwilami sam Bill Bass trochę mnie irytował. Jasne, należy mu się chwała za wprowadzenie tak innowacyjnych badań nad ludzkim rozkładem, które pomogły w rozwiązaniu wielu śledztw w sprawie morderstw, a zatem w sprawieniu, by sprawiedliwości stało się zadość. Nie podobał mi się jednak styl, w jakim doktor opowiadał o swoich sukcesach. Nieustannie podkreślał swoje zasługi, tak jakby książka ta miała być utworem pochwalnym na jego cześć, żeby nie powiedzieć: zbiorem przechwałek. Mnie interesowały zbrodnie i ofiary, a nie sukcesy doktora i jego dzieci.

Momentami również drażniło mnie to, jak wiele powtórzeń pojawia się w tej książce. Jeśli w jednym rozdziale dowiem się, jak dokładnie można odczytać wiek kobiety mając do dyspozycji jedynie jej kość łonową, nie potrzebuję czytać o tym jeszcze dwa czy trzy razy w kolejnych rozdziałach. Za każdym razem, kiedy natykam się na taki mankament w książce, mam wrażenie że a) ani autor, ani redaktor nie przeczytał dokładnie książki, by mieć pewność, że jest spójna, b) autor uważa czytelnika za idiotę z pamięcią złotej rybki.

Tak czy inaczej, "Trupią farmę" czyta się błyskawicznie i można się z niej sporo ciekawych rzeczy dowiedzieć. Myślę, że spodoba się każdemu wielbicielowi kryminałów, choć z pewnością nie obsypałabym tego tytułu ochami i achami. 



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...