sobota, 16 listopada 2019

Przy stole z Hitlerem


Wczoraj skończyłam czytać „Przy stole z Hitlerem”, więc przyszedł wreszcie czas na parę słów o moich wrażeniach na temat książki. Na początku chciałam zaznaczyć, że spodziewałam się czegoś trochę innego - wydawało mi się, że będzie to opowieść skupiona bardziej na samym Hitlerze i kwestii jego degustatorek (kobiet zatrudnionych po to, żeby próbowały jego potraw w celu wyeliminowania możliwości zatrucia Fuhrera), a tymczasem okazało się, że Rosella Postorino napisała książkę, w której centrum stoi zwyczajna kobieta i jej historia, a Hitler i degustacje w Wilczym Szańcu tworzą dla niej (istotne, co prawda) tło. Nie jestem jednak tym typem czytelnika, który ocenia lekturę, stosując kryterium „jak bardzo dostałam to, czego się spodziewałam”, więc taki obrót sytuacji nie był dla mnie minusem. Przeciwnie, przemawia do mnie ta fabularyzowana próba przedstawienia interesującego wycinka historii, o którym przyznam, że nie miałam do tej pory bladego pojęcia.

Główna bohaterka, Rosa, jest Niemką, która nie wpisuje się w tę wizję niemieckiej kobiety, jakiej życzyłaby sobie nazistowska władza. Nie jest zwolenniczką Hitlera, a jednak, chcąc nie chcąc, zostaje zmuszona do pracy w charakterze degustatorki i jej zadaniem staje się utrzymać dyktatora przy życiu, codziennie ryzykując przy tym własne. Jej mąż walczy na wojnie, a Rosa musi pracować dla tego, który jest powodem chaosu, który dotknął cały świat. Ona, i inne kobiety, niektóre samotne, niektóre z dziećmi do wykarmienia, czy opłakujące poległych w walce mężów. To nie pierwsza książka pokazująca podejście zwykłych Niemców - często przeciwników władzy - do drugiej wojny światowej, jaką czytam, i muszę przyznać, że choć wydawałoby się, że tematyka wojenna jest już wyświechtana, to jednak mnogość tych perspektyw sprawia, że mam ochotę sięgnąć po jeszcze więcej książek o tym traktujących. 

„Przy stole z Hitlerem” mogę Wam polecić, choć uprzedzam - nie spodziewajcie się samych faktów.  Degustatorki rzeczywiście istniały, ale z notki napisanej przez autorkę rozumiem, że większość fabuły została przez nią wymyślona. Ostatnia z żyjących degustatorek zmarła niestety krótko przed tym, kiedy Postorino chciała podjąć z nią próbę kontaktu. Niemniej, wydarzenia opisane w powieści dają dużo do myślenia i jak wiele książek o tematyce dookoławojennej zapraszają do postawienia sobie fundamentalnych pytań. Jako dalszą zachętę dodam, że nie spocznę na przeczytaniu tego tytułu i będę szukać kolejnych ciekawych książek opowiadających o degustatorkach Hitlera, jak i o samym Wilczym Szańcu, jego kwaterze głównej. Zapraszam i Was do lektury. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu WAB.

wtorek, 21 sierpnia 2018

Rywalka


Postawmy sprawę jasno - to nie jest książka wysokich lotów, nie oczekiwałam po niej nie wiadomo czego. Miała czytać się szybko, łatwo i przyjemnie - ja często potrzebuję takiego przerywnika, kiedy cierpię na kaca czytelniczego. Z łatwością mogę stwierdzić, że "Rywalka", debiutancka książka autorstwa Sandy Jones, swoje zadanie spełniła.

W Polsce ta powieść została wydana przez Wydawnictwo Otwarte, które dla wielu kojarzyć się pewnie będzie z ich wcześniejszym bestsellerem, "Lokatorką". Tu mamy podobny klimat - niewyjaśniona przeszłość, ktoś z pozoru przychylny, kto jednak okazuje się być czarnym charakterem. Tak naprawdę nawet okładka wygląda podobnie. Kolejne strony przewraca się równie szybko, a sama fabuła wciąga, skutecznie pozbawiając człowieka przynajmniej dwóch wieczorów. (No dobrze, chyba że ktoś z was rzeczywiście czyta w tempie 300 stron na godzinę).

Kim jest tytułowa "Rywalka"? Emily, główna bohaterka, poznaje przystojnego i charyzmatycznego faceta w klubie - szybko zaczyna między nimi iskrzyć i kwestią czasu jest, kiedy zostają parą. Wszystko wygląda idealnie do momentu, kiedy przychodzi czas poznać matkę Adama. Pammie, przyszła teściowa, szybko zaczyna pokazywać Emily, że nie życzy sobie widzieć jej w swojej rodzinie. Robi to jednak na tyle umiejętnie, że tej nieprzychylności względem Emily nie zauważa nigdy Adam, który kocha swoją matkę ponad życie i nie przyjmuje do wiadomości żadnej krytyki pod jej adresem. 

Czy zatem rywalką jest Pammie? Być może, choć mamy jeszcze jedną potencjalną kandydatkę - Emily odkrywa, że Adam wcześniej miał narzeczoną o imieniu Rebecca. To ją kochał najbardziej w swoim życiu, ją właśnie chciał poślubić i z nią spędzić resztę życia. Nic dziwnego, że Emily czuje ukłucie zazdrości, gdy dowiaduje się o swojej poprzedniczce. Problem jednak w tym, że Rebecca nie żyje, a okoliczności jej śmierci pozostawiają wiele niewiadomych.

Moim głównym zastrzeżeniem co do książki jest sposób, w jaki skonstruowana została główna bohaterka, Emily. Dla mnie była przede wszystkim nijaka. Poza tym brakiem wyrazu, kolejnym moim zastrzeżeniem jest, że nie przestawała mnie także irytować. Choć wiemy, że Emily pracuje dla korporacji i ma dość stresującą pracę, znamy jej rodziców i przyjaciół, to tak naprawdę nie mówi nam to wiele o niej jako człowieku. Emily wydaje się nie mieć zainteresowań - jedynym, jakie odnotowałam, jest seks z Adamem. Moje zirytowanie wobec niej brało się natomiast stąd, że choć Emily doskonale widziała wady swojego wybranka, to walczyła o ten związek w sposób pozbawiony dla mnie racjonalności. Wiem i rozumiem, że miłość potrafi zaślepić człowieka, jednak to, jak autorka odmalowała związek tych dwojga, stawia dla mnie pod znakiem zapytania istnienie między nimi jakiegokolwiek głębszego uczucia. Jest seks, owszem. Brakuje jednak innych punktów zaczepienia - Adam nie szanuje Emily, woli wyjścia z kolegami lub wlepianie oczu w ekran telewizora niż rozmowę ze swoją przyszłą żoną. Co w takim razie, pytam, sprawiło, że Emily tak rozpaczliwie zabiegała o uratowanie tego pożal-się-Boże związku?

Irytujący są też inni bohaterowie. Na prowadzeniu oczywiście Pammie, teściowa. Od samego początku kobieta robi, co w jej mocy, żeby uprzykrzyć życie Emily. Gdy tylko Adam nie patrzy lub nie słyszy, Pammie nawet nie udaje, że akceptuje swoją przyszłą synową, tylko mówi wprost: Będziesz go miała po moim trupie. W swojej batalii posuwa się do okropnych rzeczy, nie tylko komentuje boleśnie wygląd Emily, ale i próbuje zepsuć każdą ważną dla niej chwilę: zaręczyny, rodzinne kolacje, ślub. A Adam niczego nie zauważa, co też sprawia, że jest irytujący do granic możliwości.

Jak nietrudno zatem zauważyć, głównym uczuciem towarzyszącym mi w trakcie lektury była irytacja. Cóż, przynajmniej nie można "Rywalce" zarzucić, że pozostawia czytelnika obojętnym. Warstwa fabularna jest na szczęście na tyle sprawnie skonstruowana, że książkę czyta się migiem. Co może być zaskakujące, do tej pory nie miałam do czynienia z książką traktującą o relacji teściowa-synowa, może dlatego więc czytało mi się tę książkę dobrze. Koniec końców, naprawdę chciałam też wiedzieć, dlaczego Pammie jest tak podła dla Emily i kiedy Adam wreszcie przejrzy na oczy. A im bliżej było rozwiązania zagadki, tym bardziej jasne się stało, że sytuacja nie była wcale taka czarno-biała.

"Rywalka" nie wciągnęła mnie równie mocno jak "Lokatorka", nie była aż tak klimatyczna. Zabrakło tu może trochę dreszczyka, który w dobrym thrillerze powinien się znaleźć. Niemniej, połknęłam tę książkę w mniej więcej dwa dni i była to niezła rozrywka. Powiedziałabym, że to książka z serii "dobre czytadło do pociągu".


"Rywalka" autorstwa Sandie Jones, 2018. 400 stron.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

piątek, 20 lipca 2018

Vivian


O Vivian Maier dowiedziałam się kilka lat temu, gdy świat zainteresował się odkrytą przypadkowo ogromnych rozmiarów kolekcją zdjęć wykonanych przez tę właśnie artystkę. Urodzona w latach dwudziestych w rodzinie o francusko-austriackich korzeniach, Vivian znalazła zatrudnienie w Stanach Zjednoczonych jako niania - fotografia wcale nie była jej jedynym zajęciem. Wręcz odwrotnie, Maier nigdy nie utrzymywała się z robienia zdjęć, nie była znaną artystką - wszystkie swoje prace ukrywała, sporadycznie pokazywała innym pojedyncze wykonane przez siebie zdjęcia.

Vivian była fotografem ulicznym, a poza tym - kolekcjonerką wszystkiego. W swoich ciasnych kątach gromadziła najróżniejsze osobliwe przedmioty, przede wszystkim jednak miała obsesję na punkcie zbierania gazet. Tak jak stosy gazet, kolekcjonowała także ciekawe chwile lub twarze, które spostrzegła gdzieś na ulicy. Kiedy miała aparat w ręce, nigdy nie czuła się samotna - miała cel, scenę do uchwycenia, zapamiętania. Wielu z tych zdjęć nigdy nie wywołała, klisze zalegały gdzieś obok piętrzących się gazet, których Vivian koniec końców nie miała czasu czytać. To, że tych fotografii nie widział świat, jest ogromną szkodą, ponieważ artystka miała niezwykły dar do uchwycania znakomitych kadrów - a każdy z nich fotografowała tylko raz.

Książka Christiny Hesselholdt to próba opowiedzenia historii tej niezwykłej kobiety. Zadanie nie było łatwe - jak napisać biografię, gdy o jej bohaterce wiadomo tak niewiele? Vivian z pewnością nie mówiła o sobie zbyt dużo. Nigdy z nikim się nie związała, nie miała dzieci - chciała pozostać dziewicą. Nie żyła blisko z rodziną. Jej historię można odczytywać praktycznie wyłącznie z jej zdjęć - analizując, co tak naprawdę zwracało ją uwagę, co ją inspirowało. Samotna, zdziwaczała, ale bez wątpienia niesamowicie utalentowana - tak maluje się Vivian.

Pomijając samą warstwę fabularną, która jest oczywiście dość magnetyzująca dzięki nieoczywistej bohaterce, "Vivian" to tekst ciekawy ze względu na sposób prowadzenia narracji. Wydarzenia opowiadane są z perspektywy różnych osób, w tym samej Vivian, ale i osoby narratora, który wprost mówi o swoich trudnościach przy pisaniu tej książki, o metodach, jakie stosuje, by czytało się ją lepiej - ogląda Google Street View miejsc, w których kiedyś przebywała Vivian, dopatruje się znaczących detali w zdjęciach jej autorstwa, a czasem otwarcie oświadcza, że coś sobie dopowie, wymyśli, podkoloryzuje, żeby historia lepiej się składała.

Moim zdaniem "Vivian" to całkiem ciekawa próba uchwycenia osobowości i fenomenu Vivian Maier - wielość perspektyw, narrator wchodzący w dialog z bohaterami, nostalgiczny klimat ubiegłego stulecia, sylwetka niezależnej, zdolnej kobiety w czasach, gdy miejsce płci pięknej było przede wszystkim w domu, u boku męża - to wszystko tu znajdziecie.

A do lektury polecam również obejrzeć genialne zdjęcia artystki, które dostępne są pod tym adresem:

_________________
"Vivian" autorstwa Christiny Hasselholdt, 2016. 254 strony.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu W.A.B.

niedziela, 3 czerwca 2018

Morfina


W stu procentach zgadzam się ze stwierdzeniem, że recenzje kiepskich książek pisze się dużo łatwiej niż te książek bardzo dobrych. Dlatego też pewnie tak długo zajęło mi, żeby usiąść i spróbować w mniej lub bardziej skondensowanej formie nakreślić, co właściwie myślę o słynnej "Morfinie" Szczepana Twardocha.
...

Okładka tej pokaźnej powieści mówi: "MORFINA. Warszawa 1939: kobiety, narkotyki i zdrada". Hasło chwytliwe i obiecujące, a co ważniejsze - faktycznie znajdujące swoje odbicie w samej fabule. Ale oprócz Warszawy, kobiet, narkotyków i zdrady Twardoch oferuje tu o wiele, wiele więcej dobrego.

Bohaterem powieści jest Konstanty Willeman, w połowie Polak, a w połowie Niemiec, który wraz z żoną i małym synkiem mieszkają w centrum Warszawy, do której to właśnie wtargnęła wojna. Konstanty jest modny, mógłby z łatwością dziś być autorem popularnego konta na Instagramie! Wie, do jakich kawiarni chodzić, z kim rozmawiać, gdzie pić i wstrzykiwać sobie morfinę. Ma ulubioną prostytutkę, ma samochód, ma wdzięk i polot. Ma też niestety kryzys osobowości - jak nietrudno sobie wyobrazić, być żołnierzem o polsko-niemieckiej krwi w czasie II wojny światowej to nie lada wyzwanie. Najważniejszym pytaniem zatem, które Kostek będzie sobie przez bieg całej powieści zadawać, jest: "Kim jestem?" 

Choć już sam niejednoznaczny bohater i ciekawe tło historyczne mnie kupują, dorzucić do tego należy genialną narrację. Twardoch pisze tak, że słyszę i widzę oczyma wyobraźni, jak ten gorączkowo stukał w klawisze klawiatury, znak za znakiem, słowo za słowem - bez najmniejszego wysiłku, bo słowa i zdania po prostu tutaj płyną. A czytelnik razem z nimi. Twardoch ma zwyczajnie kapitalny "flow". 

Inny aspekt narracji, za który biję brawo, to tajemnicza narratorka, która często przejmuje relacjonowanie wydarzeń, lub dorzuca do opowieści swoje trzy grosze. Kim ona jest, nikt nie wie - z pewnością jednak sprawia, że powieść ma wyjątkowy smaczek. Jej uwagi są wnikliwe, czasem zabawne, ironiczne, a innym razem powiewają nawet grozą - bo jej wiedza zdaje się dotykać wielu więcej wymiarów, niż wiedza zwykłego śmiertelnika. Zna przeszłość, teraźniejszość, przyszłość. Bez tego dodatkowego głosu "Morfina" nie byłaby tak dobra.

"Morfina" dotyka tak wielu aspektów, że nie sposób omówić ich w jednym blogowym poście. To powieść z krwi i kości, gruba, ale wciągająca. I intensywna. O, tak. Choć bardzo mi się podobała, po kilkudziesięciu stronach za każdym razem ją odkładałam - żeby ochłonąć, bo już za dużo mi było tego rollercoastera. Jestem przekonana, że któregoś dnia do tej książki wrócę. Nie tylko dla dobrego, żywego języka, świetnie skonstruowanych bohaterów, egzystencjalnych pytań, bujnych opisów wojennej Warszawy czy wgniatającego w fotel zakończenia - wrócę do niej również dlatego, że czytając ją, ma się wrażenie, że ogląda się nieziemsko wciągający serial i paradoksalnie chciałoby się zasmakować kiedyś takiego rock'n'rolla, jakiego doświadcza Kostek. To chyba mówi samo za siebie?

_____________________
"Morfina" autorstwa Szczepana Twardocha, 2012. 579 stron.

piątek, 25 maja 2018

Psikus


Kiedy pierwszy raz przeczytałam opis niedawno wydanej w Polsce powieści Domenica Starnone "Psikus", pomyślałam, że może to być całkiem w porządku czytadło, choć nie do końca w moim klimacie - głównym bohaterem bowiem jest Daniele Mallarico, 75-latek, który wraca do miasta swojej młodości, by zająć się wnuczkiem. Potem spojrzałam na okładkę i mój entuzjazm doszczętnie opadł - grafik zdecydowanie się tutaj nie popisał. Dość spontanicznie jednak pewnej soboty zabrałam ze sobą tę właśnie książkę do pociągu i szybko okazało się, że dałam się zwieść i po raz kolejny powinnam sobie powtórzyć "Nie oceniaj książki po okładce". Patrząc na oprawę i opis z tyłu książki, nigdy nie pomyślałabym, że będzie to tak dobra powieść.

 "Psikus" to kolejna powieść autora dość znanych, jak mi się wydaje, w Polsce "Sznurówek", który podobno jest mężem popularnej Elena Ferrante ("Genialna przyjaciółka"). W tej książce pisarz bierze na warsztat sylwetkę artysty w podeszłym wieku, który niechętnie godzi się pomóc swojej córce w opiece nad 4-letnim Mariem, kiedy ta wraz z mężem wybierze się na konferencję naukową w innym mieście. Wyrwany ze znajomej sobie rzeczywistości, schorowany i niepocieszony perspektywą niańćzenia wnuka, mężczyzna przybywa do Neapolu, by na kilka dni ponownie zamieszkać w domu swojego dzieciństwa i młodości. 

Daniele prędko zauważa, że jego córka nie jest szczęśliwa w małżeństwie, jego zięć go drażni, a mały Mario wydaje się być ciągle wychwalany pod słońce, wskutek czego jest dogłębnie przekonany o swoim geniuszu. Artysta czuje jednak obowiązek bycia wszystkim tym, czym ma być "dziadek" - musi zatem również zachwycać się tym, że Mario potrafi obsługiwać telewizor, wie jak użyć kuchenki gazowej, czy gdzie znaleźć w domu apteczkę. Gdzieś w głębi duszy przeszkadza mu jednak pyszałkowatość małego chłopca. Irytacja narasta w miarę tego, jak malec zakłóca spokój Daniele przy pracy - a chodzi o ilustracje do jednego z opowiadań Henry'ego Jamesa. Wydawca nie jest zadowolony z postępów, a co gorsza - nawet Mario wypala, że rysunki dziadka są ciemne i brzydkie.

Zamknięci w mieszkaniu, dorosły mężczyzna i malec próbują odnaleźć nić porozumienia. Wszystko dookoła przypomina jednak Daniele o jego przeszłości - "duchy" zamieszkujące dom i jego okolice podsuwają mu obrazy biednego dzieciństwa, ojca pijaka, ambicji, pierwszej miłości, rozczarowań. Czas spędzony w Neapolu to dla artysty moment zmierzenia się z osiągnięciami swojego życia, a może właściwie ich brakiem czy niedostatkiem. To również moment refleksji na temat więzów krwi, rodziny, a także wszystkich skomplikowanych relacji i mechanizmów nimi rządzących.

Starnone ciekawie zestawił dwie kontrastujące postacie - młodziutki i niezwykle pewien siebie Mario oraz mężczyzna w podeszłym wieku targany wątpliwościami, niską samooceną, dręczony ciągłym poszukiwaniem zapewnienia, że czegoś jest wart, że jakoś przysłużył się temu światu. To również intrygujące zderzenie dziecięcej szczerości, która nieraz rani, i taktu nabytego w drodze życiowego doświadczenia. 

Nie sądziłam, że historia opowiedziana z perspektywy starszej osoby aż tak mnie zaciekawi - a jednak. Była to lektura świeża i intrygująca. Na pochwałę zasługuje też bardzo dobry język powieści (a zatem również praca tłumacza), który dodaje historii lekkości, ale i refleksyjnej nuty tam, gdzie potrzeba. Kawał dobrej prozy.

_____________________
"Psikus" autorstwa Domenico Starnone, 2018. 256 stron.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu WAB:


czwartek, 3 maja 2018

Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?


Pamiętam jeszcze z czasów dzieciństwa pewną siostrę zakonną, której wszyscy się bali. Przed przystąpieniem do pierwszej komuni świętej musieliśmy chodzić do kościoła codziennie na różaniec i próby, w późniejszych latach podpis za obecność na różańcu był podstawą do pozytywnej oceny z religii - tak czy inaczej, powodów do częstego odwiedzania kościoła trochę miałam za młodu. Dzieciaki, jak to dzieciaki, nie skupiały się na odmawianiu kolejnych paciorków w stu procentach - zdarzyło się, że ktoś rzucił głupi żart, ktoś zachichotał, znudzony codzienną wizytą w murach kościoła i powtarzaniem tych samych rytuałów. Najwięcej zamieszania było zawsze w kruchcie, gdzie zbierali się ci, którzy się spóźnili i nie znaleźli już dla siebie miejsca w ławkach. I choć wydawałoby się, że tam będzie najwięcej swobody, to właśnie kruchta była miejscem, gdzie najczęściej postrach siała  siostra M.. Blada i pomarszczona, niewysoka, ale jakby ze stali. Za każdym razem, kiedy patrzę na okładkę reportażu Justyny Kopińskiej "Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie", widzę właśnie siostrę M.. Różnica tkwi jednak w tym, że my doświadczyliśmy co najwyżej wiązanki ostrych słów i nienawistnego pociągnięcia za ucho mającego być karą za rozmowy w czasie przeznaczonym na religijną kontemplację, a dzieci wychowujące się pod nadzorem Bernadetty zaznały prawdziwego piekła.

Justyna Kopińska lubi podejmować tematy trudne, niewygodne, kontrowersyjne. Znana jest przede wszystkim ze zbioru druzgoczących reportaży, "Polska odwraca oczy" - historie tam przedstawione są jednak krótkie, niezbyt wnikliwe. Pojawia się tam właśnie wersja demo książki, o której teraz mowa. Mając już za sobą lekturę "Polski (...)", wiedziałam, czego się spodziewać i być może dlatego reportaż "Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie" nie wcisnął mnie aż tak w fotel. Dla kogoś, kto jednak nigdy z tą historią nie miał do czynienia, może to być spotkanie traumatyczne.

Kościół z założenia kojarzy się z czymś dobrym, czystym. "Kochaj bliźniego swego" i podobne przykazania towarzyszą przecież duchownym na co dzień. A może nie? W Zabrzu od lat funkcjonuje zakon sióstr boromeuszek, które swoje życie ofiarują sierotom, przygarniając je pod swój dach i wychowując aż do osiągnięcia przez dzieci pełnoletności. Na czele zakonu stoi siostra Bernadetta, wydawałoby się - kobieta spokojna, cierpliwa i uprzejma. Jak na zakonnicę przystało. Przez wiele lat nikomu nie przyszło do głowy, że to jedynie poza, a za murami zakonu dzieją się rzeczy przerastające ludzkie pojęcie.

Dzieci wychowywane przez siostry skarżyły się na warunki panujące w ośrodku, wątpliwe metody wychowawcze oraz chore relacje utrzymujące się pomiędzy dziećmi - mówiły o tym nauczycielom, ale nikt nie reagował. Nikt nie chciał uwierzyć. A nawet jeśli uwierzył, to twierdził, że o osobach duchownych nie można źle mówić, a co dopiero na nie donosić. I tak toczył się cicho dramat. Aż do momentu, kiedy bez śladu zaginął kilkuletni chłopiec. 

W swoim reportażu Kopińska zebrała wiele historii pochodzących zarówno od wychowanków ośrodka, osób powiązanych z postępowaniem sądowym w tej sprawie, jak i samych zakonnic tam mieszkających i pracujących. Czytając "Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie", można odnieść wrażenie, że czyta się thriller, w którym siostra Bernadetta obsadzona jest w roli świetnie skonstruowanego czarnego charakteru. Problem w tym, że to nie fikcja literacka, a fakty; wydarzenia, które rzeczywiście miały miejsce - i to nie, jak mogłoby się wydawać, sto czy dwieście lat wstecz - zaledwie kilkanaście lat temu. 

Tradycyjnie już Kopińska obnaża w swoim tekście nie tylko niezrozumiałą ludzką znieczulicę, problemy natury psychicznej, ale również duże niedopatrzenia w działaniach systemu karnego. Dziennikarka pokazuje również, że nic na tym świecie nie  jest czarne albo białe, i że utarte schematy myślenia często mogą zaprowadzić nas w ślepy zaułek.

czwartek, 29 marca 2018

Muza


Swojego czasu o Jessie Burton i jej "Muzie", a także wcześniejszej "Miniaturzystce", można było przeczytać na każdym blogu z recenzjami książek, a zdjęcia charakterystycznych, pięknych okładek zalewały Instagram. Teraz szum wobec autorki już przycichł, a ja wreszcie sprawdziłam, czy poza piękną okładką "Muza" ma coś jeszcze do zaoferowania.

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _

W "Muzie" przeplatają się dwie narracje - dzieli je mniej więcej trzydzieści lat, w ciągu których Europa zdążyła zmienić się na zawsze. Wcześniejsza opowieść jest obsadzona w Hiszpanii lat trzydziestych, a zatem w czasie tamtejszej wojny domowej, druga natomiast opowiada o Londynie w szóstej dekadzie dwudziestego wieku - zaledwie kilkanaście lat po II wojnie światowej. Obie opowieści poznajemy z punktu widzenia kobiet, które w tamtych czasach przeżywały swoją młodość. To, co je łączy, to z pewnością ogromna siła, talent, chęć decydowania o sobie, ale i potrzeba miłości.

Życie żadnej z bohaterek - choć z innych powódów - nie jest łatwe. Olive Schloss, córka Niemca i Angielki, wychowuje się w bogatej rodzinie, ale silnie odczuwa na swojej skórze nierówność płci. Choć niezwykle utalentowana plastycznie, nie ma dużych perspektyw na rozwój w dziedzinie malarstwa. Jej ojciec, znawca sztuki, do prac swojej córki podchodzi z dużym dystansem. Olive jest świadoma tego, że będąc kobietą, nie ma szans odnieść sukcesu i być niezależna. Odelle Bastien natomiast przyjeżdża do Londynu w poszukiwaniu lepszego życia. Kraina mlekiem i miodem płynąca? Niestety nie. Młodą kobietę czeka rozczarowanie - pochodzi z Trinidadu, co nie umknie nigdy oczom mieszkańców tej metropolii - ciemna skóra to zawsze znak obcości. Odelle marzy o karierze pisarskiej, a jednak tkwi w przyziemnej pracy w sklepie z butami - do momentu kiedy otrzyma posadę maszynistki w niewielkiej galerii sztuki.

Życie obu dziewcząt zmienia się za sprawą obrazu - a właściwie całej ich serii. Rodzinny sekret, ogromny talent tajemniczego malarza - to już brzmi jak dobra intryga. Niezwykłe dzieło sztuki trafia do galerii, w której pracuje Odelle. Od tego momentu dwie narracje zaczynają się scalać, a każda kolejna strona przybliża nas do rozwiązania zagadki.

Poza malowniczymi opisami i bogatym językiem, który idealnie pasuje do artystycznego wydźwięku powieści, "Muza" urzekła mnie swoją nostalgią. Świat, który przedstawiła tutaj Burton, to świat okrutny, brutalny i niesprawiedliwy. A jednak pośród całego tego chaosu i cierpienia, życie toczy swoim naturalnym torem - niebezpieczeństwo wojny nie zabija pragnienia miłości, nie przekreśla ambicji. Serca się łamią, ludzie umierają, ale pozostaje w tej prozie jakieś piękno. Śmierć często przychodzi w ciszy, kiedy wstaje dzień, jasny, ciepły i spokojny. Okrucieństwa często okazują się preludium do nadejścia lepszych chwil.

"Muza" to dobra lektura nie tylko dla fanów sztuki (choć dla tych z pewnością). Przypadnie do gustu także tym, którzy interesują się historią, jak i osobom, którym nieobojętny jest problem nierówności płci czy ras. Burton nie stworzyła powieści wybitnej, ale jednak udało jej się odmalować klimat letniej tęsknoty; autorka zdołała oddać urok pierwszych miłości, jak i pierwszych rozczarowań. Dla mnie ta lektura była słodko-gorzka i chyba te przeciwstawności własnie sprawiły, że zapamiętam "Muzę" na dłużej.

niedziela, 4 lutego 2018

Kredziarz (przedpremierowo)


Zastanawiałam się dłuższy czas, jaką lekturę wziąć ze sobą w podróż Poznań-Kraków. Warunki do spełnienia były następujące: lekka, wciągająca, zapewniająca około ośmiu godzin rozrywki. Tuż przed wyjazdem znalazłam w swojej skrzynce "Kredziarza" i po przeczytaniu opisu z tyłu okładki wiedziałam, że właśnie tę książkę chcę wziąć ze sobą do pociągu.

Już sama okładka wygląda zachęcająco - minimalistyczna, z wyrysowanym kredą wisielcem. Ta prostota chyba właśnie przemówiła do mnie najbardziej, zostawiając poczucie tajemnicy i niepokoju, czegoś makabrycznego. Co jednak z zawartością? Historia rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych: w latach osiemdziesiątych i współcześnie, w 2016 roku. Nie zmienia się natomiast narrator - wydarzenia opisuje Ed, który wraz z grupką przyjaciół pewnego lata dokonuje w lesie przerażającego odkrycia. Tamta traumatyczna chwila powraca trzydzieści lat później, by wreszcie przynieść rozwiązanie.

Ed jest osobą dość specyficzną, zarówno jako dziecko, jak i dorosły. Życie go nie oszczędza - jego tata choruje, mama spotyka się z nienawiścią lokalnej społeczności religijnej ze względu na pracę, jaką wykonuje - a zajmuje się między innymi przeprowadzaniem aborcji. Dach ich domu zostaje niewykończony, bo brakuje pieniędzy, między rodzicami coraz gorzej się układa. A w samym miasteczku dzieje się coraz więcej złego. Im więcej tego zła dookoła, tym więcej zła zaczyna też przytrafiać się Eddiemu.

"Kredziarz" podejmuje kilka ciekawych wątków. Jednym z nich jest z pewnością starcie religii z problemem aborcji i często też ogromnej hipokryzji, którą oddani Bogu przeciwnicy usuwania ciąży wykazują. Kolejnym ważnym zagadnieniem jest alzheimer i spustoszenie, jakie przynosi on ludzkiemu umysłowi. Jeszcze jednym wątkiem jest wykluczenie człowieka ze społeczeństwa tylko na podstawie wyglądu. W tym przypadku mamy do czynienia z nowym nauczycielem, który jest albinosem - jego niecodzienny kolor włosów i skóry powoduje, że to jego mieszkańcy miasteczka chcą widzieć jako winnego zbrodni. 

Z czysto technicznego punktu widzenia, nie ma w "Kredziarzu" niczego nadzwyczajnego. Dialogi nie są złe, ale nie powalają na łopatki (Choć przynaję książce plus za próbę zróżnicowania stylu wypowiedzi przynajmniej niektórych bohaterów). Narracja prowadzona przed Eddiego wygląda tak samo w częściach opisujących jego dzieciństwo, lata nastoletnie i dorosłość. Akurat tutaj oczekiwałabym, że być może coś się zmieni - bogactwo języka, trafność spostrzeżeń - a wychodzi na to, jakby Ed przez calutką książkę pozostawał Eddiem. Po części może to i prawda - choć czterdziestoletni, mężczyzna nadal ma w sobie wiele z dziwacznego, nieporadnego chłopca.

Czy ostatecznie jednak "Kredziarz" sprawdził się jako dobra lektura na podróż? Jak najbardziej, nawet nie wiem, kiedy droga w obie strony mi zleciała. Nie było fajerwerków, ale akcja była wciągająca, kartki same się przekładały. Nie było też zmrożonej krwi w żyłach, choć z pewnością autorce trzeba przyznać, że udało jej się wykreować historię z dreszczykiem.

"Kredziarz" autorstwa C.J. Tudor
Premiera 28.02.2018

Za przedpremierowy egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca


poniedziałek, 1 stycznia 2018

Podsumowanie 2017

Tradycyjnie koniec roku to czas wielkich podsumowań i snucia planów na przyszły rok. Ja, choć nie mam w zwyczaju robić listy postanowień, zwykle lubię postawić sobie na każdy rok jakiś cel czytelniczy. W 2017 roku założyłam, że przeczytam 25 książek (Wykorzystałam do tego funkcję goodreads.com, która działa jako świetne narzędzie motywujące do regularnego czytania). Przy moim dość intensywnym trybie życia to wynik, który jakoś tam mnie satysfakcjonuje. Udało się? Nie do końca, zabrakło mi dosłownie 200 stron! ;)

Standardowo, na mojej liście czytelniczej znalazły się książki lepsze i gorsze, ale z przeczytania wielu z nich naprawdę się cieszę. Na szczególną uwagę zasługują poniższe fakty ;) :

1. Przeczytałam trochę więcej tytułów polskich autorów niż w ubiegłych latach.

Spodobało mi się słynne "Ślepnąc od świateł" (tu link do recenzji) Jakuba Żulczyka i jestem też w połowie "Morfiny" Szczepana Twardocha - wyśmienity kawał prozy, mam nadzieję niedługo tę cegłę dokońćzyć. ;) Perełka tego roku to także "Fanfik" Natalii Osińskiej, bardzo pozytywnie zaskakująca mądra powieść dla młodzieży (klik).



2. Sięgnęłam po literaturę faktu!

Z tego zadowolona jestem najbardziej. Do tej pory stroniłam od tego typu książek, a okazuje się, że robiłam duży błąd. Mam nadzieję, że ten nowy trend czytania reportarzy będę kultywować również w przyszłym roku.

1. "Polska odwraca oczy"
2. "Celibat"



3. Przeczytałam dwie pozycje z mojego stosu hańby!

Wiem, wiem, szkoda gadać. ;) Z całego stosu książek kupionych sto lat temu, a nadal nieprzeczytanych, w tym roku przeczytałam "Slow life" Joanny Glogazy i "Genialną przyjaciółkę" Eleny Ferrante. Obie bardzo przyjemne.



4. Odhaczyłam kilka powieści z "kanonu".

Chciałabym każdego roku poznać kilka klasycznych tytułów. W 2017 przeczytałam trzy ważne i znane powieści: 1. Dracula 2. The Time Machine 3. The Woman in White. Nie dokończyłam "Middlemarch" choć przeczytałam większość i muszę przyznać, że raczej nie planuję wracać do tej prawie 1000-stronicowej cegły. Ważna, "obiektywnie" dobra, ale nie dla mnie.



5. Pozwoliłam sobie przeczytać kilka błahych książek czysto dla przyjemności niskiej rozrywki.

Tę kategorię zdecydowanie wygrywa "Lokatorka". Nie była arcydziełem, bo też nie miała nim być, ale wciągnęła mnie kompletnie.
























Mam nadzieję, że Wasz rok przyniósł Wam wiele ciekawych lektur i tego samego też życzę Wam na rok 2018, który dopiero co się zaczął. Do zobaczenia wkrótce! :)

piątek, 29 grudnia 2017

Klaudyna w szkole


O kontrowersyjnej twórczości francuskiej pisarki Colette słyszałam już dużo wcześniej i choć za każdym razem, kiedy natknęłam się na jakąś wzmiankę o jednej z jej książek, zarzekałam się, że przeczytam którąś z nich jak najszybciej, ten czas jakoś nie nadchodził. Aż w końcu, błąkając się po księgarni, natrafiłam na przepięknie wydany zestaw czterech powieści o Klaudynie i nie było już odwrotu. 

Colette uchodzi za pisarkę odważną obyczajowo - jej powieści o Klaudynie publikowane były na samym początku dwudziestego wieku, kiedy o rewolucji seksualnej mało kto jeszcze myślał. Mimo to, muszę przyznać, że nie spodziewałam się aż takiej petardy. Perypetie nastoletniej uczennicy szkoły dla dziewcząt mogłyby potencjalnie zgorszyć dziś - całe sto lat później - niejedną dziewczynkę.

Klaudyna jest bohaterką "pełnokrwistą". Zdolna, ale chwilami leniwa. Oczytana, ale w nieodpowiedniej dla panny w jej wieku literaturze. Świadoma swoich atutów, pewna siebie, choć tęskniąca za sentymentalną miłością. Błyskotliwa, z ciętym żartem, a niejednokrotnie po prostu wredna. Dla mnie genialna.

"Klaudyna w szkole" to opowieść snuta w narracji pierwszoosobowej przez samą Kladudynę. Choć w dużej mierze może wydawać się kolejną opowiastką o życiu szkolnym dwudziestowiecznych panien, jest czymś więcej niż zapiskiem wspomnień z szkolnej ławki. Klaudyna obserwuje świat dookoła siebie wnikliwie i mówi sporo o społeczeństwie francuskim swoich czasów. Uwagę przykuwają dwie nauczycielki obdarzające się ogromną czułością - ich publiczne okazywanie sobie uczuć po pewnym czasie przestaje być czymkolwiek zaskakującym nawet dla uczennic obserwujących je w czasie lekcji - jak i ważne osobistości świata polityki, które - jak się okazuje - wcale nie są tak społecznie zaangażowane i lotne, jak wcześniej się wydawało. 

Pierwsza część cyklu o Klaudynie to także historia dziewcząt z różnych klas społecznych, które poprzez odpowiednią edukację starają się osiągnąć coś w życiu. Realia ubiegłego stulecia niestety i tak wznoszą nad nimi szklany sufit wyjątkowo szybko.

Powieść Colette to zdecydowanie świetna propozycja dla każdego, kogo interesuje rozwój podejścia do obyczajów i seksualności. Napisana ciekawie, pełna pikanterii, plotek, rywalizacji, ma urok, którego w najnowszych publikacjach ze świecą szukać (No chyba że ktoś z was zna coś współczesnego, co klimatem nawiązuje do Klaudyny - chętnie przyjmę rekomendacje!).

A na przyszły rok zostawiłam sobie jeszcze trzy kolejne części serii i ciekawa jestem bardzo, jak wypadną. :) 

sobota, 18 listopada 2017

Druga szansa


Z polskimi autorami powieści popularnych mam problem nie od dziś. Rzadko kiedy zdarza się, żeby któreś z rodzimych czytadeł naprawdę mnie porwało i myśląc naprędce, poza sympatycznymi powiastkami Anety Jadowskiej, nie przychodzi mi do głowy zbyt wiele przykładów polskojęzycznej literatury popularnej, którą poleciłabym innym z czystym sercem. Nie przestaję jednak szukać. "Druga szansa" przyciągnęła moją uwagę przede wszystkim piękną, klimatyczną okładką, która zdawała się być wprost idealna na czas okołohalloweenowy. Zachęcona upiornym rysunkiem i intrygującym opisem, w którym znalazł się jakże typowy dla powieści grozy szpital psychiatryczny, przystąpiłam do czytania.


CO POSZŁO DOBRZE?

Zacznijmy może od pozytywów.

1. Atmosfera. W największej mierze klimat "Drugiej szansy" zbudowany został przez cudowną szatę graficzną okładki i upiorne ilustracje wewnątrz książki. Nie sądziłam, że tak bardzo lubię ilustracje! Co więcej, akcja powieści rozgrywa się jesienią, w szpitalu psychiatrycznym położonym gdzieś na uboczu, w gęstym lesie, do którego mało kto zagląda. Do tego mamy koszmary głównej bohaterki (a może sen na jawie?), niepokojącą małą dziewczynkę, która nigdy się nie odzywa (choć tu niestety jej imię, Edytka, burzy jak dla mnie całą grozę postaci) i ponure wspomnienia o mieszkańcach szpitala (niektórzy sami odebrali sobie życie). No i te kruki, okropne, wielkie i czarne jak smoła, które obijają się o okno Julii i zdają się wiedzieć więcej, niż przeciętne ptaki kiedykolwiek wiedzieć będą. Niby wyświechtane elementy gatunku, ale jeśli ktoś rzadko sięga po powieści z dreszczykiem i nie jest bardzo obeznany w temacie, to ta pozycja da radę.

2. Tempo. Lektura na maksymalnie trzy wieczory. Napisana lekko, ma dużo dialogów, no i właściwie wciąga na tyle, że można ją przeczytać w mgnieniu oka. Jeśli ktoś nie lubi szczegółowych opisów, "Druga szansa" będzie dla niego idealna. Dla mnie szybkie tempo lektury nie jest aż tak ważne, i nie pogardziłabym paroma dłuższymi akapitami, tak dla poczucia jeszcze mocniejszego klimatu i lepszego wciągnięcia się w fabułę. Sprawdzi się "Druga szansa" natomiast w tramwaju czy na przystanku - nie trzeba się zanadto skupiać. Polecam jednak wykreować sobie należytą atmosferę i poczytać wieczorem, a w tle gdzieś zapalić świeczkę.

3. Motyw śpiączki i zaniku pamięci. To, co dzieje się z człowiekiem pogrążonym w śpiączce nie przestaje nas intrygować, w pewnym stopniu tak, jak to, co dzieje się po śmierci. Za poruszenie takiego tematu i podsunięcie (nie)możliwego wytłumaczenia, należy się "Drugiej szansy" plus. :)

CO POSZŁO NIE TAK?

1. Styl. No cóż, styl nie powala. Katarzyna Berenika Miszczuk pisze bardzo prosto. Zdania są krótkie, czasem wręcz zbyt krótkie, co nadaje narracji wrażenie poszatkowania. Zdaję sobie sprawę, że to książka adresowana do młodych dorosłych, wierzę jednak, że ludzie dwudziestoletni potrafią wczytać się w kilka następujących po sobie zdań złożonych.

2. Tło. Akcja kręci się wokół jednej głównej bohaterki, co jest dość oczywiste, zważywszy na to, że mamy w "Drugiej szansie" do czynienia z narracją pierwszoosbową. Poza Julią, istotnych dla fabuły jest jeszcze kilka osób, które dziewczyna poznaje w szpitalu. Nie mogłam jednak pozbyć się wrażenia, że Miszczuk tak "minimalistycznie" podeszła do tematu, że wydaje się, jakby w całym ośrodku przebywało co najwyżej dziesięć osób.

3. Niejasne zakończenie. Dla jednych będzie plusem, dla innych minusem. Ja sama jestem gdzieś pośrodku. Z jednej strony lubię niedomówienia, bo nadają tekstom tajemniczej aury i sprawiają, że nawet po zakończeniu lektury czytelnik wraca myślami do wydarzeń z książki. W przypadku "Drugiej szansy" odniosłam wrażenie, że autorce trochę zabrakło pomysłu na to, jak zgrabnie spiąć fabułę i wytłumaczyć wszelkie tajemnice.

4. Banalny romans. Tej sekcji chyba nawet nie muszę rozwijać, to chyba problem dziewięciu na dziesięć książek. ;)

5. Gdzie jest sens? Pytanie: czy w ogóle miało tu być jakieś głębsze znaczenie, jakikolwiek bodziec do jakiejkowiek refleksji, coś, co zatrzyma nas przy tej książce jeszcze na chwilę po przeczytaniu ostatniej strony? Mnie się niczego takiego nie udało tutaj odnaleźć. Historyjka przyjemna, niemniej nie spodziewajcie się po tej pozycji zbyt wiele - aż tak wielka rozprawa o ludzkiej psychice (jak zareklamowane zostało na okładce) to nie jest.

Słowem podsumowania...

"Druga szansa" nie jest pozycją obowiązkową, powinna jednak trafić do młodszych czytelników, którzy lubią opowieści z leciutkim dreszczykiem, ale którzy nie są znawcami gatunku.



niedziela, 5 listopada 2017

Celibat


Kwestia celibatu w kościele katolickim to zagadnienie kontrowersyjne - przez jedynych uważany za przeżytek, dla innych stanowi nieodrywalną część świata duchownych. Co myślą o nim sami księża? Co dzieje się za drzwiami seminariów i plebanii? Co z żonami i dziećmi duchownych, których pomimo ślubów czystości regularnie przybywa? W kolekcji reportaży Marcina Wójcika sacrum co chwila zostaje zdeptane przez profanum.

Kiedy już przeczytałam kilka pierwszych stron, nie mogłam tej książki odłożyć. Pochłonęłam ją ekspresowo, a z każdym kolejnym zdaniem miałam coraz mniej wiary w kościół. Wójcik opisuje historie całego mnóstwa duchownych, dla których celibat okazał się misją niewykonalną, którym nie udało się oszukać swojej seksualności i wytrwać w czystości. To opowieści szokujące, często powodujące niesmak i załamywanie rąk. Bo po co, po co ten celibat, skoro i tak prawie nikt go nie przestrzega? Kiedy tylko opada magiczna mgiełka poczucia kapłańskiego powołania, odzywa się ludzka natura i mury seminarium z miejsca kontemplacji, samodoskonalenia i rozmów z Bogiem, stają się przestrzenią uciech dla ciała. A kiedy życie na plebanii zaczyna przytłaczać księdza rutyną, poczuciem osamotnienia, jest przecież cały świat stojący otworem - tylko czeka, by skorzystać z jednej z wielu opcji na noc pełną wrażeń. Może nawet cały weekend pełen wrażeń. Przecież nikt się nie dowie. A nawet jeśli się dowie, zawsze można przenieść się do innej parafii.

Czytając kolejne historie, coraz bardziej odnosiłam wrażenie, że ta ksiązka mówi nie tyle o problemie słabości księży, ale i o słabości ludzi w ogóle. Tak jak wiarę w kościoł straciłam już dawno, tak teraz poczułam dodatkowo, że tracę także wiarę w ludzi. Bo w opowieściach Wójcika widzimy nie tylko mężczyzn, którym nie udało się oszukać swoich ludzkich odruchów i potrzeb, ale i całą masę zezwierzęconcych hipokrytów (a tych przecież nie brakuje w żadnym środowisku), którzy dbają o nic więcej, jak własny interes, gromadzenie dóbr, libertyńskie rozrywki. 

Światem rządzi pieniądz i seks. To nie ulega wątpliwości. Niemniej, Wójcik uwzględnił w swoim reportażu także zwierzenia kilku osób, dla których celibat ma sens, i którzy starają się go przestrzegać, ale to zaledwie kropla w oceanie okropności, które zalewają kartki tej książki. Innym zagadnieniem są tacy duchowni, którzy zrezygnowali z pełnienia posługi kapłańskiej, żeby założyć rodzinę - bo się zakochali, bo potrzebowali bliskości, miłości. Tych poważam, bo mieli odwagi na tyle, by przyznać się do swojego niepowodzenia i nie tkwić w podwójnym życiu, skazując się na społeczny ostracyzm, ale i zyskując inną wartość, jaką jest rodzina.

Wójcik w "Celibacie" zestawia ze sobą niejednokrotnie skrajne punkty widzenia, różnorodne historie. Nie daje jasnej odpowiedzi na pytanie, co z tym celibatem począć. Bo z jednej strony istnieje wiele krajów, w których problem popędu seksualnego księży jest niwelowany poprzez zniesienie celibatu na rzecz założenia rodziny, a z drugiej dla kościoła taka zmiana oznacza całą masę problemów z dziedziczeniem, a ponadto każe się zastanowić, czy mając rodzinę i obowiązki, jakie jej posiadanie zakłada, ksiądz będzie w stanie równie dobrze pełnić swoją funkcję pasterza. 

Myślę, że warto tę książkę przeczytać i zastanowić się nad problemem, który porusza - o rozwiązanie nie będzie łatwo, ale przynajmniej będzie się bogatszym o szersze spojrzenie na kwestię celibatu.

"Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu", Marcin Wójcik. (2017)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Agora:

czwartek, 21 września 2017

Lokatorka


Cokolwiek by o "Lokatorce" nie powiedzieć - że jest odtwórcza, przewidywalna, niskich lotów, nudna (sic!) - dla mnie okazała się czytadłem, które pochłonęłam tak, jak śniadanie, jeśli poprzedniej nocy położę się głodna. Tu i teraz, w dosłownie chwilę.

JP Delaney to pseudonim, pod krórym ukrywa się pisarz mający na swoim koncie rzekomo już kilka innych bardzo dobrze przyjętych tytułów. Niezdradzające płci "JP" okazało się dla mnie i wielu innych czytelników dość mylące, ponieważ czytając "Lokatorkę", byłam przekonana, że jej autorką jest kobieta. Do obrazu autora-kobiety pasowało mi obranie narracji pierwszoosobowej z damskiego punktu widzenia (a właściwie podwójnie damskiego, bo bohterki mamy dwie), jak i akcja obfitująca w tematy kobietom bardzo bliskie - ciąża, macierzyństwo, molestowanie seksualne, niska samoocena... A jednak, chyba uległam stereotypowemu myśleniu. "Lokatorkę" napisał mężczyzna, który dość nieźle odmalował kobiece spojrzenie.

Fabuła "Lokatorki" skupia się na dwóch kobietach i dwóch przestrzeniach czasowych. Kiedyś, o którym opowiada Emma i teraz, którego narratorką jest Jane. Obie kobiety połączyło to, że powodowane trudną życiową sytuacją zgodziły się wziąć udział w pewnym eksperymencie i po niskich kosztach zamieszkać w wyjątkowym domu: zaprojektowanym z najwyższą dbałością o szczegół, białym, przestronnym, skrajnie minimalistycznym, ale wyposażonym w najbardziej zaawansowane funkcje technologiczne. Na próżno szukać tu włączników świateł, kuchenki elektrycznej. Wszystko jest inteligentnie ukryte, podobnie również na widoku nie powinno być nic, co zbędne. Dlatego też właściciel mieszkania oferuje możliwość najmu po kosztach - przygotował bowiem niezwykle wymagającą umowę, wymagającą od lokatora dużego poświęcenia. Emma i Jane stwierdziły, że gra jest warta świeczki. I w tym momencie na czytelnika spada bomba: Emma zginęła w murach tego domu, a okoliczności jej śmierci pozostają nieznane. Kto za tym stoi i czy to samo czeka Jane?

Dom jest tutaj właściwie trzecim głównym bohaterem, co moim zdaniem było strzałem w dziesiątkę i sprawiło, że książka mnie kupiła. Piękny i majestatyczny, mający dawać poczucie bezpieczeńśtwa i będący wyzwaniem do pokonywania swoich ludzkich słabości okazuje się nie raz niebezpieczny i przytłaczający. Atmosfera, którą wytwarza, wzbudza w człowieku podziw i respekt, ale taki, który czuje się do dyktatora. Jeden fałszywy ruch i szybko pożałujesz swojego braku podporządkowania. Wyjątkowy klimat białej bryły przy Folgate Street 1 działa na duży plus pierwszej połowy książki. Strona po stronie wypatrywałam tylko kolejnych opisów życia w tym specyficznym budynku i pewnie gdybym czytała tę powieść w nocy, bałabym się pójść spać. Szkoda mi było, kiedy w drugiej połowie klimat podupadł, a wydarzenia i opisy zamiast wywoływać lekki niepokój, zaczęły brnąć na łeb, na szyję, nadając książce charakteru sensacyjnego czytadła.

Z przykrością stwierdzam też, że bohaterowie wykreowani zostali dość płytko. Niby mają za sobą jakieś przeżycia, traumy, ale tak naprawdę nic szczególnego ich nie wyróżnia, w związku z czym moją ulubioną postacią pozostaje Dom. Najmniej chyba lubianym, zaraz za irytującą swoją głupotą Emmą, jest Edward, czyli naczelny "Grey" tej powieści. Edward to architekt, który zaprojektował dom przy Folgate Street, jak i kilka innych nowatorskich budynków na całym świecie. Jest taki sam, jak jego wytwory - zimny, bezwględny minimalista. Jego chłód odpuszcza jednak, kiedy na polu widzenia pojawia się interesująca go wizualnie kobieta. Typ ma określony - potencjalna kochanka ma wyglądać jak najbardziej podobnie do jego zmarłej tragicznie żony. Zarówno Emma, jak i Jane, wpisują się w schemat. I tutaj też widać największy chyba problem z tą postacią - Edward wypada papierowo, a jednak kobiety rzucają się na niego jak piranie. Kiedy po pierwszym uścisku dłoni informuje je, że chciałby iść z nimi do łóżka, te już zrzucają z siebie ubranie. Nie wiem, co tak nęcącego jest w facecie, który każe ci wycierać kabinę prysznicową po każdym myciu, żeby kamień nie odkładał się na ścianach. Cóż, chyba mamy kandydata na męską edycję Perfekcyjnej Pani Domu.

Wszystkie niedociągnięcia są jednak, moim zdaniem, do wybaczenia. "Lokatorka" to już na pierwszy rzut oka raczej lekka lektura, a od takich nie powinniśmy wymagać rzeczy niemożliwych. Swoje zadanie spełniła idealnie - wciągnęła mnie na dwa czy trzy wieczory, pochłonęła mnie totalnie. Chciałam rozrywki? Dostałam rozrywkę. Czasem takich książek potrzeba. :)

poniedziałek, 11 września 2017

Slow Life


Wygląda na to, że musimy się pogodzić z nadejściem sweater weather. Nie wiem jak na Was, na mnie początek jesieni działa nostalgicznie, nawet lekko depresyjnie. Żeby nie dać się pożreć chandrze, zdecydowałam sięgnąć po coś lekkiego, optymistycznego i - być może - inspirującego do działania na rzecz lepszego, przyjemniejszego życia.

Na początek ustalmy jedno - nie, nie czytam poradników. Z książką Joanny Glogazy było tak, że nigdy nie zdecydowałabym się na jej lekturę, gdyby nie to, że od lat śledzę jej bloga i lubię jej pióro. Otwierając "Slow life" nie spodziewałam się więc życiowej rewolucji, ale pomyślałam jednak, że lektura tego poradnika może mi się jakoś przydać, bo co jak co, ale mojego życia zdecydowanie nie mogę określić mianem "slow". 

Co to tak naprawdę jest "slow life"? To wcale nie "powolne życie", jak tłumaczy Glogaza, a życie we własnym tempie. Takie, w którym znajdujemy czas na pielęgnowanie swoich relacji z rodziną i przyjaciółmi, ale i z samym sobą. Takie, w którym rozsądnie planujemy nasze obowiązki, ale i czas wolny. Chciałabym takie mieć.

Choć wiele aspektów opisanych w "Slow Life" to rzeczy, do których możemy dojść bez pomocy żadnego poradnika (sama Glogaza to podkreśla), to jednak lektura w miły sposób podsumowuje "slow" podejście do życia, proponuje wiele pomysłów na mądre wykorzystanie swojego czasu i - muszę przyznać - koniec końców okazuje się naprawdę inspirująca! Plusem książki jest z pewnością sympatyczny, przyjacielski, gawędziarski styl pisania Joanny Glogazy - nic dodać, nic ując. Człowiek sobie czyta i nie myśli, że ktoś narzuca mu swoje zdanie czy obiecuje cud. To po prostu zbiór przemyśleń i rad płynących z kilku lat wnikliwej obserwacji siebie.


czwartek, 31 sierpnia 2017

Genialna przyjaciółka


Jak rzadko kiedy, nie wiem co napisać. "Genialna przyjaciółka" przez długi czas tkwiła na mojej liście książek do przeczytania. Przebrnęłam przez nią szybko, czytało się nieźle, nawet kupiłam sobie drugą część, bo w sumie ciekawa jestem, co się stanie z główną bohaterką i jej przyjaciółką. Ale kiedy już mam zakasać rękawy i wyprodukować kilka sensownych słów na temat tej powieści, natykam się na ścianę. I co teraz? W czym problem?

Elenę poznajemy jako kilkuletnią dziewczynkę. Mieszka w Neapolu i dorasta w czasach powojennych. Biedna dzielnica, niewielkie perspektywy, tym bardziej, że nasza bohaterka pochodzi z rodziny robotniczej. Okazuje się jednak, że w szkole idzie jej świetnie, ma tęgi umysł i smykałkę do pisania. Cały czas jednak Elena pozostaje w cieniu swojej najlepszej koleżanki, Lili. Gdzieś pomiędzy przyjaźnią, a zaciętą rywalizacją, relacja Eleny i Lili coraz bardziej się zacieśnia. 

Z całkiem sporym zaciekawieniem śledziłam losy dziewcząt, które w powojennych Włoszech musiały o swoje marzenia walczyć jak tylko umiały. Nauka nie była łatwo dostępna dla każdego, tym bardziej nie dla dziewcząt, które przede wszystkim powinny myśleć o dobrym zamążpójściu. Na tym tle zmagania dziewczynek, a potem nastolatek rysują się jako ciekawa historia z duchem feminizmu. 

Skoro fabuła jest niezła i bohaterki ciekawe, to dlaczego po skończeniu lektury nie wiedziałam, co tak naprawdę myślę o tej książce?  Wychodzi na to, że problem z "Genialną przyjaciółką" tkwi w jej nijakości. Historia ma duży potencjał, nie tylko ze względu na feministyczny wydźwięk, ale i ciekawe tło historyczno-społeczne, a jednak nie jest to takie czytadło, które mogłoby człowieka porwać i zachwycić. 

Przede wszystkim szwankował, moim zdaniem, styl. Pytanie: wina tłumaczenia czy też pisarka kryjąca się pod pseudonimem Elena Ferrante powinna podszkolić warsztat? Nie wiem, niestety. Nie znam włoskiego, więc nie jestem w stanie tego ocenić. Faktem pozostaje, że w powieści pojawia się kilka wyjątkowo niezgrabnych zwrotów typu : "Zatrzymałam się na chwilę z nadzieją, że Lila zrezygnuje i wróci z powrotem." (Ferrante 2011: 23). O powrotach z powrotem wolałabym nie czytać, bo na sam ich widok lasuje mi się mózg.

Spotkałam się jednak z opiniami, że z każdym kolejnym tomem (a jest ich aż cztery) jest lepiej, ponieważ narracja i sama fabuła stają się bardziej dojrzałe. Jako że "Genialną przyjaciółkę" czytało mi się lekko, jak niezobowiązujący i niewysokich lotów serial obyczajowy, po kontynuację sięgnę, z nutą nadziei, że faktycznie progres będzie zauważalny. A, no i też dlatego, że wredna autorka urwała akcję w takim miejscu, że bardzo chcę wiedzieć, co stanie się dalej.

Cytat: Ferrante, Elena. 2011. Genialna przyjaciółka. (tłum. Alina Pawłowska-Zampino) Wyd. Sonia Draga

środa, 26 lipca 2017

Ślepnąc od świateł



Długo zastanawiałam się, co tak naprawdę myślę o "Ślepnąc od świateł". Skrajności. Ale koniec końców, minęło sporo czasu, odkąd skończyłam lekturę, a nadal trochę o niej myślę i kiedy tak się zastanawiam, dochodzę do wniosku, że nie obraziłabym się za kontynuację.

Jakub Żulczyk na naszym polskim padole urósł niedawno do rangi autora wyjątkowo popularnego. I jak to zwykle z tymi najbardziej popularnymi bywa, ludzie albo go uwielbiają, albo uważają za kompletnie przereklamowanego. Żulczykowska proza nie jest prozą dla "dziewczynek", nie jest ładna, ani urocza, choć jednak bywa ciut poetycka (przez co też Żulczyk doczekał się fanpage'a mianującego go polskim Paulo Coelho). Autor nie stroni od dosadnych zwrotów, lubi stosować wulgaryzmy, pisze odważne sceny seksu. 

Wszystko to jednak ma odpowiednie uzasadnienie. "Ślepnąc od świateł" to historia opowiedziana oczami Jacka, handlarza narkotyków, który na całkiem dostatnie życie zarabia każdej nocy, dostarczając "towar" do swoich warszawskich klientów, w większości sław i celebrytów. Żadna praca nie hańbi? Jacek tak uważa. I jak na handlarza kokainy przystało, Jacek jest twardym facetem - a przynajmniej na takiego aspiruje. Nie angażuje się w związki, nie opowiada co u niego swojej rodzinie, nie ma dużego grona przyjaciół. To taki "typowy samiec", niby bez uczuć, skupiony na sobie, niedelikatny. Może przerażać swoją znieczulicą, choć chwilami przejawia jakieś cechy, które ten samczy wizerunek podważają - studiował sztukę, lubi muzykę klasyczną, a od wielkiego dzwonu coś albo ktoś sprawi, że jednak serce mu zabije.

Stosując narrację pierwszoosbową, Żulczyk pozwala nam zobaczyć ten świat z perspektywy głównego bohatera. Umożliwia nam wniknięcie nawet do snów Jacka, które - choć surrealistyczne - dają niezły pogląd na psychikę, lęki i pragnienia tej postaci. Choć jednak najbardziej związać możemy się właśnie z Jackiem, pozostali bohaterowie są także przyzwoicie rozwinięci. 

W jednym z wywiadów autor powiedział, że w tej powieści "wszystkim bohaterom dostaje się po równo". Prawda to, ponieważ choć Żulczyk zdaje się większość postaci szufladkować, to nie znajdziemy w "Ślepnąc od świateł" grupy, która ucieknie przed krytyką. Coś, co wielu może się - moim zdaniem - nie spodobać, to sposób, w jaki ukazane są tutaj kobiety. Prawie każda z nich to "dziwka" czy "kurwa", która chce jedynie pieniędzy i sławy, i która w dążeniu do celu jest bezwględna, przebiegła i wyrachowana. Taką etykietką nie zostaje oznaczona jedynie Pazina. Ta bohaterka jest wyjątkowa również dlatego, że jako jedyna koniec końców pozostaje przyjaciółką Jacka. Czyżby jednak Żulczyk - albo Jacek, jeśli postanowimy oddzielić narratora od autora - maiał trochę wiary w kobiety?

Bo z wiarą w mężczyzn w tej książce to już zupełnie ciężko. Jak nie gej, to przestępca. Żulczyk karty swojej słynnej powieści zapełnia różnymi facetami: są tutaj przygłupie mięśniaki, są i bezwględni "szefowie", którzy pod fasadą uśmiechu zapraszają cię na herbatkę tylko po to, żeby zamknąć cię w piwnicy i z lubością potorturować. Jakby tego było mało, jest tu i żulczykowski "Wojewódzki", czyli celebryta, gospodarz programu telewizyjnego, który słowo "sukces" układa ze ścieżek kokainy.

"Ślepnąc od świateł" nie jest książką optymistyczną, bynajmniej. Dla mnie była to taka lektura, po której zwątpiłam w ludzi i zapragnęłam przeczytać sobie powiastkę dla młodzieży pióra Zafóna. Nie znaczy to jednak, że jest to książka zła. Odnoszę wrażenie, że Żulczyk trochę za daleko zatopił się w beznadziei i odmalował Warszawę jako olbrzymiego, czarnego pająka, który przywłaszcza sobie każdego, kogo napotka i rozmnaża się, produkując kolejne, mniejsze pająki żywiące się koką i polujące na pieniądze; pajączki, które za jedyną rozrywkę mają beztroską kopulację. Może i po części tak ten dzisiejszy świat wygląda, ale w takim świecie to nie chce się żyć. Traktuję więc "Ślepnąc od świateł" jako historię ukazującą życie jednej, konkretnej grupy społecznej; nie jako powieść uniwersalną, a wycinkową, bardzo aktualną, zanurzoną w kulturze blogerów i Instagrama. Czytało się dobrze, szybko - wciągało. I pomimo tych dylematów, co do końca o Żulczyku sądzę, na półce mam już kolejną jego książkę, co - muszę przyznać - przeważa jednak szalę na plus.

wtorek, 18 lipca 2017

TOP 100 najlepsze powieści kryminalne i tajemnicze



Na blogu Kreatywy znalazłam ciekawą listę - 100 najlepszych powieści kryminalnych lub z tajemnicą w tle (crime&mystery), oryginalnie pochodzącą z serwisu Goodreads (Swoją drogą - kto jeszcze nie ma tam konta, niech nie czeka dłużej i zakłada! :D ). Książek o takiej tematyce czytam sporo, ale jak widać, wielu z TOP100 jeszcze nie znam. Takie listy to zawsze dobry pomysł, żeby znaleźć trochę inspiracji, bo wiadomo, że nie wszystkie tytuły się zna, nie o wszystkich się chociażby słyszało.

Te książki, które już przeczytałam, zaznaczyłam pogrubioną czcionką, a te, które planuję poznać w najbliższym czasie, oznaczam gwiazdką:

  1. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet, Stieg Larsson 
  2. I nie było już nikogo, Agatha Christie
  3. Anioły i demony, Dan Brown 
  4. Rebeka, Daphne du Maurier *
  5. Z zimną krwią, Truman Capote
  6. Ojciec chrzestny, Mario Puzo *
  7. Nostalgia anioła, Alice Sebold *
  8. Firma, John Grisham
  9. Wyspa skazańców, Dennis Lehane 
  10. Imię róży, Umberto Eco *
  11. Rzeka tajemnic, Dennis Lehane 
  12. Cień wiatru, Carlos Ruiz Zafón 
  13. Alienista, Caleb Carr
  14. Głęboki sen, Raymond Chandler
  15. Jak upolować faceta. Po pierwsze dla pieniędzy, Janet Evanovich
  16. Zaginiona dziewczyna, Gillian Flynn *
  17. Sokół maltański, Dashiell Hammett
  18. Zdążyć przed zmrokiem, Tana French
  19. Uznany za niewinnego, Scott Turow
  20. Czerwony smok, Thomas Harris 
  21. Trzynasta opowieść, Diane Setterfield
  22. Północ w ogrodzie dobra i zła, John Berendt
  23. Czas zabijania, John Grisham
  24. The Complete Stories and Poems, Edgar Allan Poe
  25. Doktor Jekyll i pan Hyde, Robert Louis Stevenson
  26. A jak alibi, Sue Grafton
  27. Tajemnicza historia w Styles, Agatha Christie 
  28. Ty umrzesz pierwszy, James Patterson
  29. Kobieta w bieli, Wilkie Collins
  30. Post mortem, Patricia Cornwell
  31. Kolekcjoner kości, Jeffery Deaver 
  32. Hrabia Monte Christo, Alexandre Dumas 
  33. Studium w szkarłacie, Arthur Conan Doyle 
  34. Pachnidło, Patrick Süskind
  35. Raport pelikana, John Grisham
  36. Adwokat/Prawnik z lincolna, Michael Connelly
  37. Historyk, Elizabeth Kostova *
  38. Dziwny przypadek psa nocną porą, Mark Haddon
  39. Poeta, Michael Connelly
  40. Dotyk śmierci, J.D. Robb/Nora Roberts
  41. Poziom śmierci, Lee Child
  42. Dzień Szakala, Frederick Forsyth
  43. Smilla w labiryntach śniegu, Peter Høeg
  44. Kamień Księżycowy, Wilkie Collins *
  45. Utalentowany pan Ripley, Patricia Highsmith 
  46. Park Gorkiego, Martin Cruz Smith
  47. Kobieca Agencja Detektywistyczna nr 1, Alexander McCall Smith 
  48. Zbrodnia i kara, Fiodor Dostojewski
  49. Córka czasu, Josephine Tey
  50. Wielkie wybawienie, Josephine Tey
  51. The Beekeeper's Apprentice, Laurie R. King
  52. Igła, Ken Follett
  53. Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg, John le Carré
  54. To nie jest kraj dla starych ludzi, Cormac McCarthy
  55. Diabeł w Białym Mieście, Erik Larson
  56. Nie dla kobiety, P.D. James
  57. Tożsamość Bourne’a, Robert Ludlum
  58. Trylogia Millenium, Stieg Larsson 
  59. Czarna Dalia, James Ellroy 
  60. Crocodile on the Sandbank, Elizabeth Peters
  61. Papierowy człowiek, Dashiell Hammett
  62. Zagadki przeszłości, Kate Atkinson
  63. W sieci pająka, James Patterson
  64. Ostre przedmioty, Gillian Flynn *
  65. Cztery pory roku, Stephen King
  66. Chirurg, Tess Gerritsen
  67. Czarne echo, Michael Connelly
  68. Zatrute ciasteczko, Alan Bradley
  69. Zwodniczy punkt, Dan Brown
  70. Cedry pod śniegiem, David Guterson
  71. Nie mów nikomu, Harlan Coben
  72. The Secret of the Old Clock, Carolyn Keene
  73. Wilkołak, John Sandford
  74. Morderstwo w Orient Expressie, Agatha Christie
  75. Podwójne odszkodowanie, James M. Cain
  76. Tajemna historia, Donna Tartt *
  77. System, Tom Rob Smith
  78. Znak czterech, Arthur Conan Doyle
  79. Listonosz zawsze dzwoni dwa razy, James M. Cain
  80. Martwy aż do zmroku, Charlaine Harris
  81. The Ritual Bath, Faye Kellerman
  82. Świadek oskarżenia, Agatha Christie
  83. Bez pożegnania, Harlan Coben
  84. Pies Baskerville'ów, Arthur Conan Doyle
  85. Czyje to ciało?, Dorothy L. Sayers
  86. W głębi lasu, Harlan Coben
  87. Shadow Roll, Ki Longfellow
  88. Front Burzowy, Jim Butcher
  89. Morderca bez twarzy, Henning Mankell
  90. Where Are The Children?, Mary Higgins Clark
  91. Obłęd serca, Chelsea Cain
  92. Dorwać Małego, Elmore Leonard
  93. Mroczny zakątek, Gillian Flynn *
  94. Śmierć w błękitnej sukience, Walter Mosley
  95. A Place of Execution, Val McDermid
  96. Wahadło Foucaulta, Umberto Eco *
  97. Zachowaj spokój, Harlan Coben
  98. Którędy droga?, Iain Pears
  99. China Blues, Ki Longfellow
  100. Morderca we mnie, Jim Thompson
Póki co mój wynik to 14/100. Spośród tych kilkunastu przeczytanych książek, do moich ulubionych należą:
  • "Cień wiatru", jak i wszystkie pozostałe książki Zafóna, za ich niepowtarzalny klimat, dreszczyk niepokoju, a czasem i krew zmrożoną w żyłach, dużą dawkę nostalgii, piękną atmosferę, wysmakowany język... Zafón mistrz. :) W te wakacje zamierzam serię o Cmentarzu Zapomnianych Książek przeczytać jeszcze raz, żeby odświeżyć ją sobie przed jesienną premierą ostatniej niestety powieści z cyklu, "Labiryntu duchów".
  • Trylogia Millennium - nieodżałowany Larsson stworzył trzy grubasy, które niesamowicie wciągają i bohaterów, których ciężko jest zapomnieć, z moją ukochaną Lisbeth Salander na czele, jedną z bohaterek literackich, którą cenię sobie najbardziej.
  • "Trzynasta opowieść" - z tą książką jest o tyle ciekawie, że czytałam ją jakieś tysiąc lat temu, i choć nie pamiętam prawie w ogóle o czym była, to wiem, że zachwyciła mnie i rozłożyła na łopatki. Zdecydowanie muszę przeczytać ją jeszcze raz. Ciekawa jestem, jakie wrażenie zrobi na mnie teraz.
  • "Chirurg" - fani thrillerów medycznych na pewno znają Tess Gerristen. Ci, którzy jeszcze nie czytali niczego tej autorki, mają sporo do nadrobienia. Tess jest świetna w swojej dziedzinie. Jej książek praktycznie nie da się odłożyć.
  • "Pachnidło" - chwilami obrzydliwe, ale nieziemsko trzymające w napięciu, przerażające i elektryzujące. Uwielbiam.
  • "Kobieta w bieli" - elementy opisane w tej XIX-wiecznej powieści sensacyjnej chwilami mogą zszokować nawet współczesnego czytelnika, a pomyślcie sobie, jak dopiero ta książka musiała zbulwersować, ale i wciągnąć wiktoriańśką publiczność! Last but not least, od "Kobiety w bieli" tak naprawdę zaczęła się literatura detektywistyczna. No nie wypada nie znać. ;)
A jak wygląda to u Was? Co znacie i polecacie, a co planujecie poznać?


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...