Pokazywanie postów oznaczonych etykietą egzemplarz recenzencki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą egzemplarz recenzencki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 listopada 2019

Przy stole z Hitlerem


Wczoraj skończyłam czytać „Przy stole z Hitlerem”, więc przyszedł wreszcie czas na parę słów o moich wrażeniach na temat książki. Na początku chciałam zaznaczyć, że spodziewałam się czegoś trochę innego - wydawało mi się, że będzie to opowieść skupiona bardziej na samym Hitlerze i kwestii jego degustatorek (kobiet zatrudnionych po to, żeby próbowały jego potraw w celu wyeliminowania możliwości zatrucia Fuhrera), a tymczasem okazało się, że Rosella Postorino napisała książkę, w której centrum stoi zwyczajna kobieta i jej historia, a Hitler i degustacje w Wilczym Szańcu tworzą dla niej (istotne, co prawda) tło. Nie jestem jednak tym typem czytelnika, który ocenia lekturę, stosując kryterium „jak bardzo dostałam to, czego się spodziewałam”, więc taki obrót sytuacji nie był dla mnie minusem. Przeciwnie, przemawia do mnie ta fabularyzowana próba przedstawienia interesującego wycinka historii, o którym przyznam, że nie miałam do tej pory bladego pojęcia.

Główna bohaterka, Rosa, jest Niemką, która nie wpisuje się w tę wizję niemieckiej kobiety, jakiej życzyłaby sobie nazistowska władza. Nie jest zwolenniczką Hitlera, a jednak, chcąc nie chcąc, zostaje zmuszona do pracy w charakterze degustatorki i jej zadaniem staje się utrzymać dyktatora przy życiu, codziennie ryzykując przy tym własne. Jej mąż walczy na wojnie, a Rosa musi pracować dla tego, który jest powodem chaosu, który dotknął cały świat. Ona, i inne kobiety, niektóre samotne, niektóre z dziećmi do wykarmienia, czy opłakujące poległych w walce mężów. To nie pierwsza książka pokazująca podejście zwykłych Niemców - często przeciwników władzy - do drugiej wojny światowej, jaką czytam, i muszę przyznać, że choć wydawałoby się, że tematyka wojenna jest już wyświechtana, to jednak mnogość tych perspektyw sprawia, że mam ochotę sięgnąć po jeszcze więcej książek o tym traktujących. 

„Przy stole z Hitlerem” mogę Wam polecić, choć uprzedzam - nie spodziewajcie się samych faktów.  Degustatorki rzeczywiście istniały, ale z notki napisanej przez autorkę rozumiem, że większość fabuły została przez nią wymyślona. Ostatnia z żyjących degustatorek zmarła niestety krótko przed tym, kiedy Postorino chciała podjąć z nią próbę kontaktu. Niemniej, wydarzenia opisane w powieści dają dużo do myślenia i jak wiele książek o tematyce dookoławojennej zapraszają do postawienia sobie fundamentalnych pytań. Jako dalszą zachętę dodam, że nie spocznę na przeczytaniu tego tytułu i będę szukać kolejnych ciekawych książek opowiadających o degustatorkach Hitlera, jak i o samym Wilczym Szańcu, jego kwaterze głównej. Zapraszam i Was do lektury. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu WAB.

wtorek, 21 sierpnia 2018

Rywalka


Postawmy sprawę jasno - to nie jest książka wysokich lotów, nie oczekiwałam po niej nie wiadomo czego. Miała czytać się szybko, łatwo i przyjemnie - ja często potrzebuję takiego przerywnika, kiedy cierpię na kaca czytelniczego. Z łatwością mogę stwierdzić, że "Rywalka", debiutancka książka autorstwa Sandy Jones, swoje zadanie spełniła.

W Polsce ta powieść została wydana przez Wydawnictwo Otwarte, które dla wielu kojarzyć się pewnie będzie z ich wcześniejszym bestsellerem, "Lokatorką". Tu mamy podobny klimat - niewyjaśniona przeszłość, ktoś z pozoru przychylny, kto jednak okazuje się być czarnym charakterem. Tak naprawdę nawet okładka wygląda podobnie. Kolejne strony przewraca się równie szybko, a sama fabuła wciąga, skutecznie pozbawiając człowieka przynajmniej dwóch wieczorów. (No dobrze, chyba że ktoś z was rzeczywiście czyta w tempie 300 stron na godzinę).

Kim jest tytułowa "Rywalka"? Emily, główna bohaterka, poznaje przystojnego i charyzmatycznego faceta w klubie - szybko zaczyna między nimi iskrzyć i kwestią czasu jest, kiedy zostają parą. Wszystko wygląda idealnie do momentu, kiedy przychodzi czas poznać matkę Adama. Pammie, przyszła teściowa, szybko zaczyna pokazywać Emily, że nie życzy sobie widzieć jej w swojej rodzinie. Robi to jednak na tyle umiejętnie, że tej nieprzychylności względem Emily nie zauważa nigdy Adam, który kocha swoją matkę ponad życie i nie przyjmuje do wiadomości żadnej krytyki pod jej adresem. 

Czy zatem rywalką jest Pammie? Być może, choć mamy jeszcze jedną potencjalną kandydatkę - Emily odkrywa, że Adam wcześniej miał narzeczoną o imieniu Rebecca. To ją kochał najbardziej w swoim życiu, ją właśnie chciał poślubić i z nią spędzić resztę życia. Nic dziwnego, że Emily czuje ukłucie zazdrości, gdy dowiaduje się o swojej poprzedniczce. Problem jednak w tym, że Rebecca nie żyje, a okoliczności jej śmierci pozostawiają wiele niewiadomych.

Moim głównym zastrzeżeniem co do książki jest sposób, w jaki skonstruowana została główna bohaterka, Emily. Dla mnie była przede wszystkim nijaka. Poza tym brakiem wyrazu, kolejnym moim zastrzeżeniem jest, że nie przestawała mnie także irytować. Choć wiemy, że Emily pracuje dla korporacji i ma dość stresującą pracę, znamy jej rodziców i przyjaciół, to tak naprawdę nie mówi nam to wiele o niej jako człowieku. Emily wydaje się nie mieć zainteresowań - jedynym, jakie odnotowałam, jest seks z Adamem. Moje zirytowanie wobec niej brało się natomiast stąd, że choć Emily doskonale widziała wady swojego wybranka, to walczyła o ten związek w sposób pozbawiony dla mnie racjonalności. Wiem i rozumiem, że miłość potrafi zaślepić człowieka, jednak to, jak autorka odmalowała związek tych dwojga, stawia dla mnie pod znakiem zapytania istnienie między nimi jakiegokolwiek głębszego uczucia. Jest seks, owszem. Brakuje jednak innych punktów zaczepienia - Adam nie szanuje Emily, woli wyjścia z kolegami lub wlepianie oczu w ekran telewizora niż rozmowę ze swoją przyszłą żoną. Co w takim razie, pytam, sprawiło, że Emily tak rozpaczliwie zabiegała o uratowanie tego pożal-się-Boże związku?

Irytujący są też inni bohaterowie. Na prowadzeniu oczywiście Pammie, teściowa. Od samego początku kobieta robi, co w jej mocy, żeby uprzykrzyć życie Emily. Gdy tylko Adam nie patrzy lub nie słyszy, Pammie nawet nie udaje, że akceptuje swoją przyszłą synową, tylko mówi wprost: Będziesz go miała po moim trupie. W swojej batalii posuwa się do okropnych rzeczy, nie tylko komentuje boleśnie wygląd Emily, ale i próbuje zepsuć każdą ważną dla niej chwilę: zaręczyny, rodzinne kolacje, ślub. A Adam niczego nie zauważa, co też sprawia, że jest irytujący do granic możliwości.

Jak nietrudno zatem zauważyć, głównym uczuciem towarzyszącym mi w trakcie lektury była irytacja. Cóż, przynajmniej nie można "Rywalce" zarzucić, że pozostawia czytelnika obojętnym. Warstwa fabularna jest na szczęście na tyle sprawnie skonstruowana, że książkę czyta się migiem. Co może być zaskakujące, do tej pory nie miałam do czynienia z książką traktującą o relacji teściowa-synowa, może dlatego więc czytało mi się tę książkę dobrze. Koniec końców, naprawdę chciałam też wiedzieć, dlaczego Pammie jest tak podła dla Emily i kiedy Adam wreszcie przejrzy na oczy. A im bliżej było rozwiązania zagadki, tym bardziej jasne się stało, że sytuacja nie była wcale taka czarno-biała.

"Rywalka" nie wciągnęła mnie równie mocno jak "Lokatorka", nie była aż tak klimatyczna. Zabrakło tu może trochę dreszczyka, który w dobrym thrillerze powinien się znaleźć. Niemniej, połknęłam tę książkę w mniej więcej dwa dni i była to niezła rozrywka. Powiedziałabym, że to książka z serii "dobre czytadło do pociągu".


"Rywalka" autorstwa Sandie Jones, 2018. 400 stron.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

piątek, 20 lipca 2018

Vivian


O Vivian Maier dowiedziałam się kilka lat temu, gdy świat zainteresował się odkrytą przypadkowo ogromnych rozmiarów kolekcją zdjęć wykonanych przez tę właśnie artystkę. Urodzona w latach dwudziestych w rodzinie o francusko-austriackich korzeniach, Vivian znalazła zatrudnienie w Stanach Zjednoczonych jako niania - fotografia wcale nie była jej jedynym zajęciem. Wręcz odwrotnie, Maier nigdy nie utrzymywała się z robienia zdjęć, nie była znaną artystką - wszystkie swoje prace ukrywała, sporadycznie pokazywała innym pojedyncze wykonane przez siebie zdjęcia.

Vivian była fotografem ulicznym, a poza tym - kolekcjonerką wszystkiego. W swoich ciasnych kątach gromadziła najróżniejsze osobliwe przedmioty, przede wszystkim jednak miała obsesję na punkcie zbierania gazet. Tak jak stosy gazet, kolekcjonowała także ciekawe chwile lub twarze, które spostrzegła gdzieś na ulicy. Kiedy miała aparat w ręce, nigdy nie czuła się samotna - miała cel, scenę do uchwycenia, zapamiętania. Wielu z tych zdjęć nigdy nie wywołała, klisze zalegały gdzieś obok piętrzących się gazet, których Vivian koniec końców nie miała czasu czytać. To, że tych fotografii nie widział świat, jest ogromną szkodą, ponieważ artystka miała niezwykły dar do uchwycania znakomitych kadrów - a każdy z nich fotografowała tylko raz.

Książka Christiny Hesselholdt to próba opowiedzenia historii tej niezwykłej kobiety. Zadanie nie było łatwe - jak napisać biografię, gdy o jej bohaterce wiadomo tak niewiele? Vivian z pewnością nie mówiła o sobie zbyt dużo. Nigdy z nikim się nie związała, nie miała dzieci - chciała pozostać dziewicą. Nie żyła blisko z rodziną. Jej historię można odczytywać praktycznie wyłącznie z jej zdjęć - analizując, co tak naprawdę zwracało ją uwagę, co ją inspirowało. Samotna, zdziwaczała, ale bez wątpienia niesamowicie utalentowana - tak maluje się Vivian.

Pomijając samą warstwę fabularną, która jest oczywiście dość magnetyzująca dzięki nieoczywistej bohaterce, "Vivian" to tekst ciekawy ze względu na sposób prowadzenia narracji. Wydarzenia opowiadane są z perspektywy różnych osób, w tym samej Vivian, ale i osoby narratora, który wprost mówi o swoich trudnościach przy pisaniu tej książki, o metodach, jakie stosuje, by czytało się ją lepiej - ogląda Google Street View miejsc, w których kiedyś przebywała Vivian, dopatruje się znaczących detali w zdjęciach jej autorstwa, a czasem otwarcie oświadcza, że coś sobie dopowie, wymyśli, podkoloryzuje, żeby historia lepiej się składała.

Moim zdaniem "Vivian" to całkiem ciekawa próba uchwycenia osobowości i fenomenu Vivian Maier - wielość perspektyw, narrator wchodzący w dialog z bohaterami, nostalgiczny klimat ubiegłego stulecia, sylwetka niezależnej, zdolnej kobiety w czasach, gdy miejsce płci pięknej było przede wszystkim w domu, u boku męża - to wszystko tu znajdziecie.

A do lektury polecam również obejrzeć genialne zdjęcia artystki, które dostępne są pod tym adresem:

_________________
"Vivian" autorstwa Christiny Hasselholdt, 2016. 254 strony.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu W.A.B.

piątek, 7 lipca 2017

Miłość, po prostu [przedpremierowo]


"Miłość, po prostu" autorstwa Żurnalisty.pl jest tomikiem niby to poezji, a niby to prozy, którego premiera odbędzie się 11 lipca. Lektura na godzinę - teksty są bardzo krótkie, jakby pisane z przeznaczeniem, że zostaną przeczytane za jednym razem. Dzięki temu faktycznie dość łatwo się wciągnąć; kiedy już zaczęłam czytać, skończyłam błyskawicznie. Dziwna ludzka cecha, że tak bardzo lubimy czytać o czyimś cierpieniu.

Kim tak naprawdę jest Żurnalista, właściwie nie wiadomo. Jedyne, co jest jasne, to jego nieciekawa kondycja po utracie ukochanej. Związek się rozpadł, a miłość się nie wypaliła. To, co mężczyźnie zostało, to wspomnienia i notatki oraz krótkie wiersze, które lubi pisać - które po części są dla niego pewnie terapią.

Jesli ktoś miał kiedyś złamane serce i wie, jak bardzo mogą boleć rozstania, z pewnością znajdzie cząstkę siebie w tekstach Żurnalisty - to zwracanie uwagi na każdy szczegół, który kojarzy nam się z osobą, którą kochamy, rozdrapywanie ran na nowo, padanie w ramiona innych, przypadkowych ludzi, spijanie kaw i szklanek whisky - no, może tylko palenia papierosa za papierosem mi tu zabrakło do dopełnienia stereotypowej wizji człowieka z sercem w kawałkach. Nie ma co się śmiać, nieszczęśliwa miłość boli długo i bardzo, o czym świadczy to, że kolejne kobiety w życiu Żurnalisty nie są w stanie zamazać wspomnień o tamtej jednej, wyjątkowej.

Jeśli chodzi o warsztat autora, jest to kwestia niejasna. Moim zdaniem lepiej wypadają części pisane prozą. Wiersze często ocierają się o banał, brak w nich jakichś bardziej zaskakujących metafor. Pomimo że taki typ pisania, jaki reprezentuje Żurnalista ma, jak rozumiem, z zasady być dość ascetyczny, naturalny, przypominający coś w stylu strumienia świadomości zapisanego językiem potocznym, to zabrakło mi jednak jakiegoś pierwiastka, który uczyniłby z tych wierszy poezję przez duże P. Żeby się czymś zachwycić, potrzebuję stwierdzić: Rany, niby proste, ale jakie trafne. W życiu sama bym tego tak nie ujęła. Tutaj tego nie było, a przynajmniej nie za wiele.

Tekst, który w całym tomiku najbardziej przypadł mi do gustu, to ten zatytułowany 26.05. Ostatnia linijka wprowadza element zaskoczenia, który każe czytelnikowi przystanąć na moment i przetrawić te słowa, zamiast brnąć błyskawicznie przez kolejne strony zapisane króciutkimi wierszami. 

Szkoda, że pod koniec wdziera się sporo niedociągnięć edytorskich - brak "ę" w odmianie czasownika w pierwszej osobie, 11 lipiec, a potem zaraz 11 lipca, czasem nagle brak przecinka tam, gdzie z całą pewnością powinien się on znajdować. Po co to, skoro wcześniej "ą, ę" i przecinki były na swoim miejscu? Podobnie sprawa się ma z niezgrabnymi wyrażeniami, na czele których widnieje "dotykać za włosy". Czy można kogoś dotknąć za włosy? Błędy te mają jednak zostać poprawione w ostatecznej wersji tekstu, dlatego z chęcią zerknę na ten utwór jeszcze raz, kiedy już będzie wygłaskany i dopieszczony.

Niemniej, dla tych, którzy mają w sobie pierwiastek romantyka, "Miłość, po prostu" będzie dobrą lekturą. Pokazuje emocje w dosyć niezmodyfikowanej formie, mówi o nich wprost, przeważnie bez większych ubarwnień. Plus za to, że z tego tekstu dowiadujemy się, co czuje zraniony mężczyzna. Męski punkt widzenia okazuje się zaskakująco podobny do tego, który kojarzymy typowo z kobiecym, wrażliwym - Żurnalista nie śpi po nocach, żeby wspominać niezliczone atuty swojej ukochanej, czepia się najmniejszych detali, które mu się z nią kojarzą. Niektórych takie pisanie zachwyca, mnie nie wgniotło w fotel, choć z pewnością zainteresowało i po trosze uwiodło, bo co jak co, ale ból złamanego serca oddało bardzo wiernie.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję autorowi.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Pochłaniacz


"Zima 1993. Tego samego dnia, w niejasnych okolicznościach, ginie nastoletnie rodzeństwo. Oba zgony policja kwalifikuje jako tragiczne, niezależne od siebie wypadki.

Wielkanoc 2013. Po siedmiu latach pracy w Instytucie Psychologii Śledczej w Huddersfield na Wybrzeże powraca Sasza Załuska. Do profilerki zgłasza się Paweł „Buli” Bławicki, właściciel klubu muzycznego w Sopocie. Podejrzewa, że jego wspólnik - były piosenkarz i autor przeboju "Dziewczyna z północy" - chce go zabić. Załuska ma mu dostarczyć na to dowody. Profilerka niechętnie angażuje się w sprawę. Kiedy jednak dochodzi do strzelaniny, Załuska zmuszona jest podjąć wyzwanie. Szybko okazuje się, że zabójstwo w klubie łączy się ze zdarzeniami z 1993 roku, a zamordowany wiedział, kto jest winien śmierci rodzeństwa. Jednym z kluczy do rozwiązania zagadki może okazać się piosenka sprzed lat." 
/muza.com.pl/

O CO TYLE SZUMU?

Bonda jest teraz wszędzie. Empiki, Matrasy, blogi, lubimyczytac, facebook, czytający znajomi. Okładki jej książek krzyczą, że Katarzyna Bonda to nowa polska królowa kryminału; ludzie się zachwycają. Ja sięgam więc po "Pochłaniacza", pierwszą część 4-tomowego cyklu o profilcerce Saszy Załuskiej, z entuzjazmem i sporymi oczekiwaniami, bo skoro wszyscy wydają z siebie ochy i achy, to przecież musi w tej książce coś być. Przygodę czas zacząć.

Właściwie powinnam pewnie od razu zaznaczyć, że ta przygoda trwała mniej więcej od grudnia zeszłego roku do teraz. Cóż, mogłabym bez więkzego namysłu zrzucić to na brak czasu, ale myślę, że nie w tym rzecz. Nie chodzi tu nawet o jakiś przyciężkawy styl autorki. Właściwie problem leżał zupełnie z drugiej strony. Czytając, miałam wrażenie, że Katarzyna Bonda to co najwyżej uczennica pierwszej klasy liceum, która miała dobry pomysł na fabułę, ale z wykonaniem szło jej zdecydowanie trudniej. To, co zniechęcało mnie do czytania, tkwiło w "szkolnych" opisach i nienaturalnych dialogach. Przykładem najbardziej to ilustrującym jest kwestia jednego z pobocznych bohaterów (właściwie poświęcono mu zaledwie pół rozdziału), który na spotkaniu AA wstaje i opowiada swoją historię, w którymś momencie rzucając: "Przepełniała mnie wściekłość." Nie znam chyba człowieka, który używałby tak górnolotnych określeń, o ile nie stara się napisać jakiegoś tekstu w formalnym stylu. Dla jednego to może być detal, jednak dla mnie takie małe rzeczy znacznie wpływają na odbiór lektury. W tym przypadku oczekiwałam stylu odpowiedniego dla kryminału, nie dla wypracowania licealisty.

Ten mankament wykonania zaważył na tym, że pierwsze 300 stron męczyłam przez prawie pół roku. Zdecydowałam jednak, że nie odpuszczę i przebrnę do końca, bo pomimo słabego stylu, sama akcja "Pochłaniacza" była ciekawa. Książka jest opasła; autorka miała duże pole do popisu, bo prawie 700 stron. Wykorzystała tę przestrzeń całkiem rozsądnie, tworząc kryminalną zagadkę sięgającą do lat dziewięćdziesiątych, a toczącą się aktualnie. Wątków jest sporo, może się nawet wydawać, że chwilami za dużo. Pozbyłabym się na miejscu autorki kilku nic nie wnoszących do akcji krótkich rozdziałów, jak na przykład tego, który opisuje początki kariery jednego z psów policyjnych. W zasadzie to urocze, ale czy naprawdę warte całych 10 czy 15 stron? Niemniej, intryga, wokół której zbudowana jest powieść, wypada na plus. Bondzie nie udaje się ominąć paru schematów, ale ostatecznie całą historię czyta się z zaciekawieniem, a koniec nie jest szczególnie przewidywalny.

Akcja prezentuje się następująco: trójmiejska policja ma za zadanie znaleźć winnego prawie podwójnego zabójstwa. Prawie, ponieważ jednej z ofiar udaje się przeżyć. W klubie ginie Igła, znany muzyk, a ocałała to Iza Kozak, pracownica klubu. Okazuje się, że wytropienie mordercy wymaga cofnięcia się o kilkadziesiąt lat, by wrócić do historii nadmorskiego gangu i dramatu, który wtedy się rozegrał. W śledztwie pomaga Sasza Załuska, kobieta z przeszłością w policji, ale obecnie pracująca jako profilerka. Dopiero co wróciła do Polski po studiach w Wielkiej Brytanii. Oprócz specjalistycznej wiedzy, przywiozła ze sobą 6-letnią córkę i złe wspomnienia, które uderzają w nią w najmniej odpowiednich chwilach. 

To, co przemawia na plus "Pochłaniacza", to z pewnością bohaterowie. Bonda nakreśliła postacie nie jako czarno-białe, ale kolorowe i z konkretną przeszłością. Sasza, jako że na niej skupia się cała książka, jest nakreślona najpełniej. Podobało mi się, że autorka uczyniła swoją główną bohaterką silną kobietą, która jednak nie jest wolna od słabości. Za Saszą ciągnie się widmo alkoholizmu. Mimo że wyszła z nałogu, miłość do kieliszka nie przeminęła. Siłę Saszy widać też w sposobie, w jaki kobieta radzi sobie w pracy, której środowisko jest mało przyjazne kobietom. Często lekceważona czy poniżana, Załuska robi swoje z podniesioną głową. 

Pomimo ciężkich początków, drugą połowę powieści przeczytałam z większym zainteresowaniem i większą przyjemnością. Styl, który tak mi przeszkadzał, trochę się wygładził, więc im dalej w las, tym "Pochłaniacz" bardziej przekonująco wypadał. Kilka razy zdarzyło mi się zaśmiać pod nosem, kiedy policjanci "rzucali mięsem" (szczególnie podobało mi się określenie szczecinian jako poniemieckich czajników, haha!). Od razu lepiej to wszystko brzmiało. Surowość dobrze Bondzie robi. Nadal jednak nie rozumiem wszystkich tych zachwytów nad autorką, choć przyznam, że zakończenie rozbudziło we mnie trochę ciekawość co do kolejnych części cyklu. Nie postawiłabym "Pochłaniacza" na półce z ulubionymi książkami, ale nie wykluczam, że dam jeszcze kiedyś Bondzie szansę.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję
wydawnictwu Muza oraz agencji Business & Culture:

niedziela, 24 maja 2015

Preparator (Hubert Klimko-Dobrzaniecki)




"Przebieracz i obmacywacz trupów, zimny doktor, preparator, czyli ten, kto przygotowuje zwłoki przed pochówkiem. Praca, którą para się główny bohater powieści, otrzymała różne eufemistyczne nazwy, bo stanowi tabu.
Ktoś musi ją wykonywać, ale ludzie nie chcą o tym na co dzień pamiętać, brzydzą się. Tytułowy preparator dobrze wie, że jest naznaczony społecznym piętnem - i coraz bardziej popada w osamotnienie."





Mogę wiele powiedzieć o książkach z wątkiem kryminalnym, przeczytałam ich sporo. Zawsze powtarzam, że od tego gatunku oczekuję czegoś, co naprawdę jeszcze zdoła mnie zszokować. Wbić w ścianę. Dać mi to poczucie, które nie pozwala otworzyć kolejnej książki, zanim dokładnie nie przetrawi się tej poprzedniej. Sam opis nowej powieści Huberta Klimko-Dobrzanieckiego brzmiał jak zapowiedź książki, której szukałam. Preparator - ktoś, kto każdego dnia ma do czynienia ze śmiercią. Człowiek boi się śmierci i wszystkiego, co z nią związane. O zakładzie pogrzebowym nikt nie pomyśli jak o przyjemnym miejscu. Nikt nie chciałby chyba spędzać całych godzin sam na sam ze zwłokami, nie wspominając o dotykaniu ich i przygotowywaniu do "ostatniej podróży". Główny bohater jednak - jak zapowiadał opis wydawnictwa - nie ma z tym najmniejszego problemu, to po prostu jego praca. Brzmi ciekawie? Dla mnie tak. Zapowiedź zainteresowała mnie na tyle. że chciałam dowiedzieć się czegoś więcej o "Preparatorze", zanim jeszcze otrzymałam przesyłkę z książką. Pierwsze wyniki znalezione w internecie dały mi nadzieję na jeszcze więcej - zamazane granice moralności, podwójne morderstwo, kazirodztwo, nekrofilia. Czy można chcieć czegoś więcej, jeśli w jednej książce zawarta jest TAKA mieszanka?

Opis opisem, reklama reklamą. Ile w tym prawdy? Okazało się, że sporo. Kiedy zaczęłam czytać "Preparatora", po raz pierwszy od długiego czasu wróciło do mnie to uczucie, które uwielbia każdy mol książkowy - słowo za słowem, zdanie za zdaniem, strona za stroną, szybko, teraz, już, chciałam wiedzieć więcej i więcej i wcale nie miałam ochoty przestać. Takie książki są uzależniające. Otwierasz, kończysz pierwszą stronę i zaledwie chwilę później (zdawałoby się), masz za sobą jedną trzecią historii i z jednej strony czym prędzej chcesz dotrzeć do końca, dowiedzieć się, co będzie potem, jakie jest zwieńczenie całej historii, ale z drugiej - za nic w świecie nie chcesz, żeby ta książka się skończyła. 

Muszę jednak przyznać, że spodziewałam się po tej powieści czegoś trochę innego. Przed rozpoczęciem lektury wydawało mi się, że mam przed sobą kryminał. Niezwykle interesujący, bo częściowo oparty na faktach (A co jest ciekawszego niż świetnie skonstruowana zbrodnia? Tylko ta świetnie skonstruowana zbrodnia, która wydarzyła się naprawdę.), poruszający kilka tematów, które do dziś są uważane za tabu. Myślałam więc, że dostanę krwawą historię, dokładny opis bestialstwa, pewnie nieźle przedstawione śledztwo, coś w tym rodzaju. Nie spodziewałam się zupełnie, że książka ta to swojego rodzaju wywiad. Całą historię opowiada główny bohater. Nie poznajemy jego imienia, możemy jednak dowiedzieć się niemal wszystkiego o tym, co działo się w jego sercu i głowie. Tytułowy preparator opowiada całą swoją przeszłość - dzieciństwo, osadzone w czasach PRL-owskiej Polski, wspomnienia zimnej i wiecznie niezadowolonej z niego matki, odległego ojca, który paradoksalnie jako jedyny był mu w tej rodzinie bliski, siostry, która była oczkiem w głowie mamy, dumą, przykładną córką. Dorastanie, początki dorosłości, wreszcie samą dorosłość. Każdy etap życia głównego bohatera odcisnął na nim piętno. 

Klimko-Dobrzaniecki pokazuje nam preparatora dokładnie i bez ogródek. Dowiadujemy się o jego pierwszej miłości, która zraniła go tak, że wspomnienie o niej nigdy go nie opuściło, o problemach w szkole, rozczarowaniach na polu zawodowym, o śmierci, która zawsze go otaczała, której na początku się bał, a do której z czasem się przyzwyczaił. Znamy każdą traumę bohatera. Do nas jednak należy wydanie oceny - autor nie podpowiada nam rozwiązań, ani dobrych odpowiedzi. Kiedy preparator opowiada o rzeczach, które zrobił, i które z moralnego punktu widzenia zasługują na nic innego jak potępienie, musimy zadać sobie pytanie: czy można go w jakikolwiek sposób usprawiedliwić? Czy człowiek ten jest przesiąknięty złem, wyzbył się hamulców, nie ma żadnych granic? Jak bardzo został jednak ukształtowany przez ludzi, którzy byli dookoła niego?

Chciałam i szukałam takiej książki. Mądrej. Bezpośredniej, surowej, brutalnej chwilami, ale i momentami pięknej. Chciałam portretu człowieka, w którym walczą ze sobą sprzeczności. Miłość pierwsza i najsilniejsza, kolejna miłość - oparta na fizyczności, przyziemna. Miłość kontrowersyjna, taka, jaka nigdy nie powinna mieć miejsca, taka, którą ludzie się brzydzą. Miłość do ojca, przeplatana niezrozumieniem, milczeniem, czasem rozczarowaniem. Ale prawdziwa. Taka, której nic nie może zmienić. Bo w tej książce, w której tyle mówi się o śmierci, tak dużo mówi się też o miłości. 

Bez względu na to, czego oczekiwałam od "Preparatora", dostałam coś innego, dostałam o wiele więcej. Wbiło mnie w ścianę. Odczekam jeszcze trochę, zanim otworzę kolejną książkę i będę w stanie skupić się tylko na niej. Musiałam odczekać nawet kilka dni, zanim byłam w stanie zebrać myśli i napisać coś sensownego o książce, na którą naprawdę długo czekałam. Dla mnie "Preparator" ma już zaklepane miejsce na półce z pozycjami wyjątkowymi, które chciałabym wcisnąć do przeczytania każdemu, i które, mam nadzieję, przeczytam jeszcze nie raz, na innym etapie swojego życia, żeby zobaczyć, jak mało wcześniej byłam zdolna zrozumieć.


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję
Wydawnictwu Od Deski Do Deski:


niedziela, 3 maja 2015

Co mówią umarli (Rafael Estrada)

"Hiszpania. Na jednej z plaż nadmorskiego kurortu policja odnajduje zwłoki brutalnie zamordowanej dziewczyny, a w pobliżu upitego do nieprzytomności i zakrwawionego chłopaka. Wszystko wskazuje, że to on jest mordercą, więc szef miejscowej policji zleca proste dochodzenie młodemu i niedoświadczonemu inspektorowi Proazie. (...) Im głębiej jednak początkujący inspektor wnika w szczegóły śledztwa, tym sprawa wydaje mu się bardziej skomplikowana i przerażająca. Ślady prowadzą do Klubu Lolity, w którym spotykają się ekscentrycznie miłośnicy nieobyczajnej powieści Nabokova."

Kryminały można uwielbiać, albo można nimi gardzić. Niektórzy twierdzą, że to jeden z najbardziej podłych gatunków literackich, jakie kiedykolwiek człowiek stworzył. Ja zdecydowanie nie zaliczam się do tych, którzy kryminały omijają szerokim łukiem, wręcz przeciwnie - książki z tej kategorii zaliczają się do moich ulubionych. Przeczytałam ich zatem już niemało w swojej czytelniczej karierze, zarówno tych lepszych, jak i gorszych, dlatego też szukam takich przedstawicieli gatunku, które mogą mnie czymś zaskoczyć, albo wzbudzić jakieś gwałtowniejsze emocje. O to, jak się już parę razy boleśnie przekonałam, nie jest jednak łatwo. Będąc istotą raczej upartą, nie poddaję się jednak i dałam szansę kolejnej kandydatce na umilacza podróży środkami transportu wszelkiej maści - padło na "Co mówią umarli", czyli literacki debiut Rafaela Estrady. 

Na samym początku lektury zostałam brutalnie potraktowana przez rzeczywistość - moje nadzieje na dobre czytadło zdawały się zostać zupełnie rozwiane przez bardzo niewprawne pióro autora (a może przez bardzo niezgrabną robotę tłumacza), które położyło się cieniem na dialogach, banalnych i sztucznych, opisach, chwilami kolokwialnych i prostych, a tylko momentami przyozdobionych jednym mądrym słowem, które pasowało tam niczym kwiatek do kożucha. Całość wydawała mi się ze sobą nie współgrać i już chciałam prychnąć z niezadowolenia, kiedy pomyślałam, że tak właściwie każda książka zasługuje na to, żeby dać jej szansę. Czytałam wobec tego dalej. 

I okazało się, że dobrze zrobiłam. Z książkowego brzydkiego kaczątka powieść Estrady z każdą kolejną stroną zmieniała się w historię, którą czyta się z przyjemnością i zaciekawieniem. Niedługo potem książka dzielnie towarzyszyła mi na przystankach tramwajowych, w tramwajach, w autobusach i pociągach, a jeszcze trochę później stwierdziłam, że naprawdę chcę już poznać zakończenie i zrobiłam coś, czego nie robiłam już od dawna - przysiadłam do lektury w zaciszu własnego pokoju. A na to akurat od tysiąca chyba lat nie mogłam znaleźć czasu.

"Co mówią umarli" to kryminał, a więc książka z gatunku "lekkich". Tematyka, którą podejmuje, może być jednak adresowana do miłośników mocniejszych wrażeń. Czytaliście "Lolitę" Nabokova? To pytanie kilkakrotnie usłyszał główny bohater, inspektor Proaza, częściej nazywany "pieszczotliwie" Juanito. Ja niestety lekturę tego światowego klasyka nadal mam przed sobą, ale wiedziałam, z czym możemy mieć do czynienia, kiedy po raz pierwszy padła nazwa Klubu Lolity. Pomysł autora na takie rozwinięcie akcji i nawiązania do tak wielkiej literatury to duży plus dla powieści. Małe dziewczynki, brutalnie mordowane. Kolejne zaginięcia, zdesperowani rodzice. Grupa starszych panów o dziwnych upodobaniach. Kto odpowiada za śmierć tych dzieci? Ich nastoletni koledzy, pozbawieni hamulców, wiecznie pod wpływem alkoholu, czy może ktoś, kto jest zorganizowany na tyle, by sprytnie zaplanować ich koniec?

Wątki poboczne zdecydowanie nie są mocną stroną debiutu Estrady, jednak główna linia fabuły naprawdę wciąga. Kilka postaci (w tym niestety i główny bohater) wymagałyby dopracowania, rekompensuje to jednak parę ciekawych motywów dotyczących samych zabójstw, które z pewnością nie zostały przeprowadzone byle jak, a bardziej stanowiły coś w rodzaju rytuału, który przeraża, ale i fascynuje. Estrada pracuje nad kolejnymi częściami opowieści o inspektorze Proazie - kto wie, ale coś mi podpowiada, że (tak jak w przypadku pierwszego tomu) im dalej w las, tym lepiej i ciekawiej. będzie A, i zapomniałabym. Dzięki "Co mówią umarli" wiem, że "Lolitę" postaram się nadrobić w trybie natychmiastowym.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Muza oraz agencji Business&Culture:


A w wolnej chwili zapraszam na Facebooka! :)

środa, 3 września 2014

Troje (Sarah Lotz)






"Jeden dzień. Cztery katastrofy. Troje ocalonych. Przesłanie, które zmieni losy świata."











Choć od premiery minęło już sporo czasu, mam wrażenie, że o powieści "Troje" nadal wszędzie jest głośno. Z całą pewnością wiele wspólnego ma z tym świetna akcja promocyjna, która spowiła powieść mgiełką tajemnicy i odrobiną nerwowego podekscytowania - wszędobylska czerń (egzemplarze recenzenckie dotarły do bloggerów właśnie w czarnych, nieco groźnie wyglądających kopertach), atmosfera trzymająca w napięciu przez niedopowiedzenia i zapewnienie, że oto przed nami książka, która pozwoli nam ujrzeć kulisy jednej z największych zagadek ostatnich lat. Nie oceniaj książki po okładce? Jak dla mnie, okładka jest świetna. Na szczęście, kolejne strony również trzymają poziom.

Jak dużego zbiegu okoliczności potrzeba, by jednego dnia rozbiły się cztery samoloty? Jak wielkim cudem w zaistniałych okolicznościach jest fakt, że z tych czterech katastrof ocalała jedynie trójka dzieci, i to praktycznie bez draśnięcia? Kto albo co za tym stoi? Jak to możliwe, że ktokolwiek ocalał? Czyżby maczały w tym palce siły nieczyste? Teorie spiskowe pojawiają się jedna za drugą, jak grzyby po deszczu. Ingerencja obcych? Zapowiedź Apokalipsy? Spisek rządowy? Nikt nie jest w stanie uwierzyć, że trójka ocalałych to zwyczajne dzieci, które wyszły z katastrof cało przez zupełny przypadek. 

Sarah Lotz w swojej książce zastosowała technikę powieści pudełkowej - poza prologiem i epilogiem mamy do czynienia z opisem wydarzeń i relacjami zebranymi w formę fikcyjnej książki wydanej przez Elsbeth Martins. Przyznam, że ten zabieg przypadł mi do gustu, chociaż spotkałam się z wieloma negatywnymi opiniami na ten temat. Dla mnie bingo. Podobnie język, jakim powieść została napisana - lekki, naturalny. Wreszcie dobre i niewymuszone tłumaczenie, choć wiadomo, że kilka wpadek redaktorskich się zdarzyło. Nie było ich jednak na tyle dużo, by wpłynąć na ogólny odbiór "Trojga". 

Myślę, że niejeden zapalony czytelnik przyzna mi rację, że przychodzi taki moment w "karierze mola książkowego", kiedy zaczyna się przeklinać liczbę książek, które się już przeczytało. Dlaczego? Ponieważ mając za sobą wiele wartościowych publikacji, trudno jest później trafić na książkę, która jest w stanie jeszcze czymś zaskoczyć. Mnie prawie już się nie zdarza, żeby książka mnie oczarowała (chociaż nie twierdzę, jakobym była czytelniczym guru, Boże broń!), i przyznaję, że bardzo mnie to zasmuca. Miodem na moje serce była więc ta książka, która a) wciąga b) jest na swój sposób nowatorska c) trzyma poziom aż do końca d) a propos końca... ma genialne zakończenie. Uwielbiam ten moment, gdy trafiam na powieść, której ostatnie zdanie wbija mnie w fotel i pozostawia w tym stanie odrętwienia i niedowierzania na dłuższą chwilę. 

"Troje" to taka książka, w której pojawia się wiele pytań. Poszlaki, sugestie, mnogość możliwości wyjaśnienia przyczyn katastrofy, relacje różnych osób - świadków, przyjaciół i rodziny osób bezpośrednio związanych z wypadkami. Na niewiele z tych pytań znajdziemy odpowiedź, nie jest to jednak dla mnie w żadnym wypadku minus tej powieści. Nigdy nie sądziłam, że lekka i tak promowana książka aż kipiąca od - można by powiedzieć - tanich teorii spiskowych będzie w stanie pochłonąć mnie na dobre. A jednak. Udało się.

Ocena: 5

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Akurat oraz agencji Business&Culture:


czwartek, 5 czerwca 2014

Krótka historia książek zakazanych (Werner Fuld)






"Cenzura i autocenzura, zniszczone biblioteki, walka o rękopisy, kategoryczni w zakazach fundamentaliści, sprytni wydawcy i pomysłowi autorzy. Od Owidiusza do Sołżenicyna, od Baudelaire'a do Joyce'a, od Heinego przez Nabokova i Orwella do książek dziś zakazanych w Chinach i w świecie arabskim."







   Jak na klasycznego mola książkowego przystało, przyjemność sprawia mi nie tylko czytanie samych książek, ale i czytanie o nich - w zakresie bardzo rozległym. Żaden jednak tekst krytyczny, żaden luźniejszy esej czy poważna akademicka dysputa - żadna z tych rzeczy nie pochłonęła mnie tak, jak właśnie "Krótka historia książek zakazanych". Aż samo ciśnie się na usta wyświechtane powiedzenie, że zakazany owoc najlepiej smakuje. 

   Człowiek z natury lubi czasem mieć do czynienia z mniejszym lub większym skandalem. To, co kontrowersyjne, nęci i przyciąga uwagę. Książki natomiast kojarzą się zwykle przede wszystkim z mądrością, rozwagą, statecznością, obyciem... Okulary, siwa broda, fotel i mała lampka. Spokój, cisza. Uznanie, poważanie. Ten, kto czyta książki, musi być przecież mądrym człowiekiem. Ten, kto książki pisze - jeszcze mądrzejszym. W takiej sytuacji "skandal" jest chyba ostatnią rzeczą, która przychodzi człowiekowi do głowy, gdy słyszy słowo: "książka". A jednak, książki od wieków stawały się przyczyną oburzenia i sensacji. 

   Jedne zagrażały ustrojowi, inne religii. Goethe za sprawą "Cierpień młodego Wertera" został oskarżony o propagowanie idei samobójstwa, Nabokov nie mógł opublikować "Lolity" bez narażania się na zarzut popularyzowania tendencji pedofilskich (uznanemu profesorowi przecież to nie przystoi!). To jeszcze jednak nic w porównaniu z tym, przez co przechodzili pisarze próbujący w czasach panowania intelektualnej ciemnoty wyciągnąć na światło dzienne naukowo poparte fakty. Płonące stosy książek, oficjalnie wydawane listy ksiąg zakazanych, procesy sądowe, egzekucje na niewygodnych autorach, wszędobylska cenzura - nikogo to nie dziwiło.

   Werner Fuld w bardzo ciekawy i całkiem przystępny sposób przybliża czytelnikowi przekrój dziejów cenzurowania książek, jak i całkowitego zakazywania ich publikacji czy późniejszej dystrybucji. Sądzę, że każdy czytelnik, który ma choć niewielkie pojęcie o historii literatury światowej, powinien sięgnąć po ten tytuł. Może nie jest to propozycja do przeczytania w jeden wieczór, jednak pozwala poznać całe mnóstwo ciekawych anegdotek i faktów o książkach, pisarzach, wydawcach, a nawet władcach czy politykach. I wcale nie jest taka "krótka". 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Muza oraz Agencji Business&Culture


niedziela, 11 maja 2014

Grace. Księżna Monako (Joanna Spencer)




"Grace Kelly, o twarzy grzecznej dziewczynki i namiętnej duszy, fascynuje Amerykę lat pięćdziesiątych XX wieku, by wkrótce podbić serce Rainiera III, księcia Monako. Sztuka stwarzania pozorów i prawdziwie silny charakter pomagają jej udźwignąć diadem Grimaldich, gdyż nie wszystko okaże się bajką w tej najpiękniejszej roli jej życia - roli księżnej."




   Wiele razy słyszałam to nazwisko. Niejednokrotnie miałam okazję oglądać zdjęcia kobiety o lekko kwadratowej twarzy, z blond włosami, ubranej zawsze elegancko i z klasą. Grace Kelly, księżna Monako. Każdy z pewnością choć w pewnym stopniu kojarzy tę postać. Tak też było ze mną - potrafiłam powiązać nazwisko z twarzą, ale właściwie niewiele więcej. Idealnym sposobem na poszerzenie mojej wiedzy na temat Grace Kelly okazała się jej biografia, napisana przez Joannę Spencer.

   Grace pochodzi z amerykańskiej rodziny, w jej żyłach nigdy nie płynęła błękitna krew. Jako młoda dziewczyna zaczęła spełniać swoje marzenie o karierze aktorskiej, zapisała się w historii Hollywood, zdobyła Oscara, a w końcu... została żoną księcia Monako i, porzuciwszy aktorstwo, zamieszkała w maleńkim państewku i oddała się byciu księżną. Ta historia brzmi trochę bajkowo. I rzeczywiście, do pewnego stopnia życie Grace takie było. Koniec końców jednak okazuje się, że Grace Kelly nie była zupełnie szczęśliwa, a jej los pod wieloma względami dotkliwie ją rozczarował.

   Oprócz historii samej Grace, z książki dowiemy się całkiem sporo na temat dzieci księżnej Monako - Karoliny, Alberta i Stefanii. Każde z nich jest zupełnie inne, dlatego ich opisy stanowią ciekawe urozmaicenie historii. Z drugiej jednak strony, miałam czasem wrażenie, że po przeczytaniu tej biografii więcej wiem na temat Karoliny Grimaldi, niż o samej Grace.

   Książka została bardzo ładnie wydana. Twarda oprawa, duża czcionka, ładne nagłówki, w środku wkładka z fotografiami. Wizualnie - bez zarzutu. Jeśli chodzi o styl, przyznam, że spodziewałam się czegoś innego. Joanna Spencer pisze bardzo ostrożnie, językiem jakby ugrzecznionym, momentami trochę szkolnym. Czyta się to jednak bardzo szybko - mnie właściwie na lekturze tej biografii minął jeden dzień spędzony w pociągu i drugi w autobusie. Podróż minęła mi bardzo przyjemnie.

   Dla miłośników biografii "Grace, Księżna Monako" będzie miłą propozycją na dłuższy wieczór, a dla tych, którzy z biografiami są raczej na bakier, publikacja Joanny Spencer może udowodnić, że czytanie czyjegoś życiorysu wcale nie musi być nudne. Polecam.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Muza oraz Agencji Business & Culture.


środa, 7 maja 2014

Zabójczy księżyc (N.K. Jemisin)


"W pustynnym mieście-państwie Gujaareh jedynym prawem jest spokój. Porządek utrzymują kapłani bogini snu, zwani zbieraczami - gromadzą sny obywateli, leczą chorych i rannych, prowadzą śniących w życie wieczne... nie zważając na to, czy śniący się na to zgadza. Kiedy Ehiru (...) otrzymuje zlecenie pobrania snów kobiety przysłanej do Gujaarehu z misją dyplomatyczną, niespodziewanie dla samego siebie zostaje wciągnięty w spisek, który może doprowadzić do wybuchu nieszczącej wojny."


   Bez bicia przyznam, że z fantastyką jestem na bakier. Choć lubię różne gatunki literatury i nie zamykam się w jednej szufladce czytelniczych upodobań, fantastyka jak dotąd chyba przemawia do mnie najmniej. Zrobiłam oczywiście wyjątek dla serii typu "Harry Potter" czy "Wiedźmin", które stanowią piękne wyjątki od reguły i na zawsze zostaną na mojej półce z tabliczką "Ulubione", jednak niewiele więcej w dziedzinie fantasy (o SF już nie wspominając) mam do powiedzenia.

   "Zabójczy księżyc" potraktowałam jako odświeżające odstępstwo od normy. Moja czytelnicza rutyna ostatnimi czasy ograniczała się do lektur z kanonu literatury brytyjskiej i amerykańskiej, z małymi przerwami na coś ogłupiającego w stylu "Inferno" Dana Browna. Powzięłam sobie zatem małe wyzwanie - podejście do fantastyki, kolejna runda. Kto wie, może akurat przypadnie mi do gustu.

   Jakkolwiek dobre miałam chęci, moja przygoda z "Zabójczym księżycem" trwała trochę długo. Znacie to uczucie, kiedy książkę się po prostu połyka? Z pewnością nie było tak w tym przypadku. Nie znaczy to jednak, że spotkanie z powieścią Nory Jemisin w żadnym stopniu nie wywarło na mnie pozytywnego wrażenia. Co było zatem nie tak? Po pierwsze - przyciężkawy styl. Pięćdziesiąt na pięćdziesiąt, że to wina tłumaczenia. Bez względu na to, "Zabójczy księżyc" nie jest powieścią, o której można powiedzieć, ze została napisania sprawnie i lekkim piórem. Ten problem stracił trochę na sile pod koniec książki, kiedy tak naprawdę dopiero rozwinęła się akcja, a ja sama zaczęłam przewracać strony z zauważalnie większym zainteresowaniem. I tutaj właśnie docieramy do miejsca, w którym widzimy drugi problem. Akcja "Zabójczego księżyca" jest... cóż, bardzo przeciętna. Na dobrą sprawę trudno jest się zaangażować w rozwój wydarzeń, po części może dlatego, że sami bohaterowie są tak kiepsko zarysowani, że aż obojętni. A ciężki styl, średnio wciągająca akcja i mało ciekawi bohaterowie - no cóż, jakkolwiek nie spojrzeć, nie świadczy to o książce najlepiej.

   Jakie są plusy? Końcówka dość nieoczywiście poprowadzona, zostawia czytelnika z chęcią dowiedzenia się, jak dalej potoczy się ta historia (dobry chwyt marketingowy, druga część już niedługo w sprzedaży!), po dłuższym czasie jednostajnej akcji dostajemy też wreszcie solidny, mięsisty opis walki dobrego ze złym, a bez tego nie wyobrażam sobie fantastyki. Znajdzie się też chrapka dla zapalonych poliglotów - pod warunkiem, że wymyślone języki też was interesują. Nora Jemisin proponuje w swojej powieści dość ciekawy przykład języka, który naprawdę nie istnieje. A gdyby istniał, chyba język prędzej zaplątałby mi się w mocny supeł, niż wypowiedziałabym te piekielne nazwy! 

   Pomimo wielu wad, których można się w tej książce dopatrzeć, nie uważam czasu poświęconego na "Zabójczy księżyc" za stracony. Miłośnikom gatunku ta powieść z pewnością przypadnie do gustu. Dla mnie ta lektura była po prostu względnie miłym przerywnikiem. A tymczasem wracam do tego, co lubię najbardziej. Co to takiego? Dowiecie się już niedługo. ;)



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Akurat oraz agencji Business&Culture.


poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Wiosna w pełni


Co nowego u mnie na czytelniczej półce? Same cuda od Muza SA. Aktualnie kończę "Zabójczy księżyc" wydawnictwa Akurat, a później zabieram się za (niekoniecznie w tej kolejności):

1. Wielki przekręt (Will Ferguson)
2. Olivido znaczy zapomnienie (Maria Duenas)
3. Zapach miasta po burzy (Olgierd Świerzewski)

A co wy czytacie wiosną?



poniedziałek, 3 marca 2014

[Przedpremierowo] Wieczerza

"Wieczerza" autorstwa Tatiany Jachyry
Wydawnictwo Akurat
Data premiery: 19 marca 2014

"Najbardziej bulwersująca i skandalizująca książka ostatnich lat! Niezwykle śmiały pod względem obyczajowym thriller psychologiczny, w którym chorobliwa seksualna fascynacja odgrywa równie ważną rolę jak religijny fanatyzm i społeczne wyobcowanie głównych postaci. Bohaterowie książki (...) są jak postaci z antycznego dramatu, z góry skazane na tragiczny koniec."




   Wobec debiutanckiej powieści Tatiany Jachyry nie miałam zbyt dużych oczekiwań - z tymi debiutami to jednak różnie bywa, lepiej się więc nie nastawiać na fajerwerki, żeby ewentualnie rozczarowanie nie było zbyt dotkliwe. I dobrze zrobiłam - bo ni stąd, ni zowąd trafiłam na jedną z ciekawszych i bardziej wciągających książek, jakie miałam okazję ostatnimi czasy przeczytać.

   Warszawa. Dawid pracuje jako ginekolog, od lat jest singlem, a wszyscy dookoła zastanawiają się, dlaczego tak atrakcyjny mężczyzna jest sam. Joanna właśnie przeprowadziła się do stolicy wraz ze swoim narzeczonym, który, podobnie jak ona, jest fotografem. Nowe miasto odrobinę ją przytłacza, tym bardziej, że jej partner ciągle jest w trasie - zawód reportera nie pozwala mu na dłuższe zagrzanie jednego miejsca. Tym gorzej czuje się Joanna, kiedy dowiaduje się, że jest w ciąży. Osamotniona, wyobcowana w nowym mieście, nagle bez pracy, która była sensem jej życia i z perspektywą zostania mamą (choć nigdy tego nie planowała!), rozpaczliwie potrzebuje przyjaznej duszy. 
   
   Yasmine, tancerka w klubie go go i prostytutka. Piękna i kusząca, uwodzi, ale nie pozwala nikomu zanadto się do siebie zbliżyć. Tomasz, zafascynowany piękną kobietą, skrywający szokującą tajemnicę i nieprzenikniony. 

   Co łączy wszystkich tych bohaterów? Wyobcowanie? Pewnie tak. Nieobliczalność? Zdecydowanie. Zagubienie. Samotność. Demony przeszłości. Niezagojone rany. Okrutny przypadek.

   W swojej debiutanckiej powieści Jachyra pokazuje najciemniejszą stronę człowieka. Bez ozdobników, surowo i konkretnie. Prosto z mostu. Styl, którym się posługuje, balansuje na granicy poezji i eksperymentalnej prozy, w której narracja zmienia się równie szybko, jak emocje targające bohaterami. Zdania są krótkie. Czasem dosadne, a czasem metaforyczne. 

   Mocne nerwy mile widziane. W czasie lektury tej książki niejednokrotnie będziecie zaszokowani, zniesmaczeni, może nawet przerażeni tym, do czego może posunąć się na pozór zwykły człowiek. Jak bardzo trzeba być zranionym, by chcieć ranić innych tak bezlitośnie? Gdzie jest w tym wszystkim Bóg? Czyżby zakrywał oczy na ułamek sekundy, w którym dopełniają się ludzkie tragedie? Czy kiedy wszystko się wali, można jeszcze wierzyć, że on istnieje?

   Choć nieidealna, "Wieczerza" jest doprawdy ciekawą propozycją dla wszystkich tych, którzy mają dość gładkich słów i przyjemnych historyjek, które nijak mają się do prawdziwego życia. Wydaje mi się, że trafiłam na tę powieść w odpowiednim momencie mojego życia, połykałam wręcz kolejne strony i chciałabym więcej. 

Ocena: 5

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Akurat oraz agencji Business&Culture


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...