poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Pochłaniacz


"Zima 1993. Tego samego dnia, w niejasnych okolicznościach, ginie nastoletnie rodzeństwo. Oba zgony policja kwalifikuje jako tragiczne, niezależne od siebie wypadki.

Wielkanoc 2013. Po siedmiu latach pracy w Instytucie Psychologii Śledczej w Huddersfield na Wybrzeże powraca Sasza Załuska. Do profilerki zgłasza się Paweł „Buli” Bławicki, właściciel klubu muzycznego w Sopocie. Podejrzewa, że jego wspólnik - były piosenkarz i autor przeboju "Dziewczyna z północy" - chce go zabić. Załuska ma mu dostarczyć na to dowody. Profilerka niechętnie angażuje się w sprawę. Kiedy jednak dochodzi do strzelaniny, Załuska zmuszona jest podjąć wyzwanie. Szybko okazuje się, że zabójstwo w klubie łączy się ze zdarzeniami z 1993 roku, a zamordowany wiedział, kto jest winien śmierci rodzeństwa. Jednym z kluczy do rozwiązania zagadki może okazać się piosenka sprzed lat." 
/muza.com.pl/

O CO TYLE SZUMU?

Bonda jest teraz wszędzie. Empiki, Matrasy, blogi, lubimyczytac, facebook, czytający znajomi. Okładki jej książek krzyczą, że Katarzyna Bonda to nowa polska królowa kryminału; ludzie się zachwycają. Ja sięgam więc po "Pochłaniacza", pierwszą część 4-tomowego cyklu o profilcerce Saszy Załuskiej, z entuzjazmem i sporymi oczekiwaniami, bo skoro wszyscy wydają z siebie ochy i achy, to przecież musi w tej książce coś być. Przygodę czas zacząć.

Właściwie powinnam pewnie od razu zaznaczyć, że ta przygoda trwała mniej więcej od grudnia zeszłego roku do teraz. Cóż, mogłabym bez więkzego namysłu zrzucić to na brak czasu, ale myślę, że nie w tym rzecz. Nie chodzi tu nawet o jakiś przyciężkawy styl autorki. Właściwie problem leżał zupełnie z drugiej strony. Czytając, miałam wrażenie, że Katarzyna Bonda to co najwyżej uczennica pierwszej klasy liceum, która miała dobry pomysł na fabułę, ale z wykonaniem szło jej zdecydowanie trudniej. To, co zniechęcało mnie do czytania, tkwiło w "szkolnych" opisach i nienaturalnych dialogach. Przykładem najbardziej to ilustrującym jest kwestia jednego z pobocznych bohaterów (właściwie poświęcono mu zaledwie pół rozdziału), który na spotkaniu AA wstaje i opowiada swoją historię, w którymś momencie rzucając: "Przepełniała mnie wściekłość." Nie znam chyba człowieka, który używałby tak górnolotnych określeń, o ile nie stara się napisać jakiegoś tekstu w formalnym stylu. Dla jednego to może być detal, jednak dla mnie takie małe rzeczy znacznie wpływają na odbiór lektury. W tym przypadku oczekiwałam stylu odpowiedniego dla kryminału, nie dla wypracowania licealisty.

Ten mankament wykonania zaważył na tym, że pierwsze 300 stron męczyłam przez prawie pół roku. Zdecydowałam jednak, że nie odpuszczę i przebrnę do końca, bo pomimo słabego stylu, sama akcja "Pochłaniacza" była ciekawa. Książka jest opasła; autorka miała duże pole do popisu, bo prawie 700 stron. Wykorzystała tę przestrzeń całkiem rozsądnie, tworząc kryminalną zagadkę sięgającą do lat dziewięćdziesiątych, a toczącą się aktualnie. Wątków jest sporo, może się nawet wydawać, że chwilami za dużo. Pozbyłabym się na miejscu autorki kilku nic nie wnoszących do akcji krótkich rozdziałów, jak na przykład tego, który opisuje początki kariery jednego z psów policyjnych. W zasadzie to urocze, ale czy naprawdę warte całych 10 czy 15 stron? Niemniej, intryga, wokół której zbudowana jest powieść, wypada na plus. Bondzie nie udaje się ominąć paru schematów, ale ostatecznie całą historię czyta się z zaciekawieniem, a koniec nie jest szczególnie przewidywalny.

Akcja prezentuje się następująco: trójmiejska policja ma za zadanie znaleźć winnego prawie podwójnego zabójstwa. Prawie, ponieważ jednej z ofiar udaje się przeżyć. W klubie ginie Igła, znany muzyk, a ocałała to Iza Kozak, pracownica klubu. Okazuje się, że wytropienie mordercy wymaga cofnięcia się o kilkadziesiąt lat, by wrócić do historii nadmorskiego gangu i dramatu, który wtedy się rozegrał. W śledztwie pomaga Sasza Załuska, kobieta z przeszłością w policji, ale obecnie pracująca jako profilerka. Dopiero co wróciła do Polski po studiach w Wielkiej Brytanii. Oprócz specjalistycznej wiedzy, przywiozła ze sobą 6-letnią córkę i złe wspomnienia, które uderzają w nią w najmniej odpowiednich chwilach. 

To, co przemawia na plus "Pochłaniacza", to z pewnością bohaterowie. Bonda nakreśliła postacie nie jako czarno-białe, ale kolorowe i z konkretną przeszłością. Sasza, jako że na niej skupia się cała książka, jest nakreślona najpełniej. Podobało mi się, że autorka uczyniła swoją główną bohaterką silną kobietą, która jednak nie jest wolna od słabości. Za Saszą ciągnie się widmo alkoholizmu. Mimo że wyszła z nałogu, miłość do kieliszka nie przeminęła. Siłę Saszy widać też w sposobie, w jaki kobieta radzi sobie w pracy, której środowisko jest mało przyjazne kobietom. Często lekceważona czy poniżana, Załuska robi swoje z podniesioną głową. 

Pomimo ciężkich początków, drugą połowę powieści przeczytałam z większym zainteresowaniem i większą przyjemnością. Styl, który tak mi przeszkadzał, trochę się wygładził, więc im dalej w las, tym "Pochłaniacz" bardziej przekonująco wypadał. Kilka razy zdarzyło mi się zaśmiać pod nosem, kiedy policjanci "rzucali mięsem" (szczególnie podobało mi się określenie szczecinian jako poniemieckich czajników, haha!). Od razu lepiej to wszystko brzmiało. Surowość dobrze Bondzie robi. Nadal jednak nie rozumiem wszystkich tych zachwytów nad autorką, choć przyznam, że zakończenie rozbudziło we mnie trochę ciekawość co do kolejnych części cyklu. Nie postawiłabym "Pochłaniacza" na półce z ulubionymi książkami, ale nie wykluczam, że dam jeszcze kiedyś Bondzie szansę.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję
wydawnictwu Muza oraz agencji Business & Culture:

niedziela, 10 stycznia 2016

Postanowienia noworoczne



Koniec roku i rozpoczęcie kolejnego to za każdym razem czas, w którym widzę na blogach wysyp postów z ambitnymi postanowieniami i planami na najbliższych 12 miesięcy. W oczach aż dwoi się i troi od niewyobrażalnych dla mnie liczb książek, których przeczytanie znajomi blogerzy stawiają sobie za cel. 50 w rok? Przeciętnie. Niektórzy oceniają swój czytelniczy głód nawet na 100 czy więcej tytułów. Ja nie będę stawiać sobie celu, który od samego początku jest dla mnie nierealny. Nie lubię czytać na wyścigi i nie mam dużo czasu na czytanie (wymówka?), dlatego moim skromnym postanowieniem jest przeczytać w 2016 roku 20 książek. Nie ilość, a jakość, dlatego na mojej liście znalazły się przede wszystkim opasłe tomiszcza, które od dawien dawna czekają na półce na swoją kolej. Czekają i kuszą, a ja ciągle odkładam sięgnięcie po nie na później.

A oto lista szczęśliwych wybranek pogrupowana w kilka kategorii:






Zbiór anglojęzyczny
Głównie są to książki, które muszę przeczytać do pracy magisterskiej, moim zagadnieniem jest literatura wiktoriańska i neowiktoriańska ukazująca relacje między kobietami. Aktualnie jestem w trakcie czytania "Written on the body" ("Zapisane na ciele") Jeannette Winterson i jestem zachwycona!

01. Fingersmith, Sarah Waters
02. Written on the body, Jeannette Winterson
03. The Woman in White, Wilkie Collins
04. Possession, A.S. Byatt

Opasłe tomiszcza
Piękne i wymarzone - na mojej liście do kupienia i przeczytania były od dawna. Mikołaj w tym roku pomógł mi dopiąć swego. ;) Powieść Palmy jest obsadzona w realiach wiktoriańskiego Londynu (yes!), natomiast druga pozycja to znany i stosunkowo nowy na rynku tytuł, który zdobył już nagrodę Pulitzera. Nie mogę się doczekać obu.

05. Mapa czasu, Felix J. Palma
06. Światło, którego nie widać, Anthony Doerr

 Worek rozmaitości
Sarah Waters, którą zaczęłam dawno i jakoś nie mogłam dokończyć... Pora zabrać się za nią jeszcze raz, bo jest pożyczona. "Dziewczyny z Danbury" były moim prezentem na 21 urodziny - jestem tej książki ciekawa, ponieważ na niej został oparty serial, który bardzo lubię, "Orange is the new black". Setterfield uwielbiam za jej "Trzynastą opowieść", więc kolejna powieść tej autorki jest dla mnie obowiązkowa. "Grobowiec z ciszy" to egzemplarz recenzencki, będzie świetny, kiedy zatęsknię za kryminałem.

07. Pod osłoną nocy, Sarah Waters
08. Dziewczyny z Danbury, Piper Kerman
09. Człowiek, którego prześladował czas, Dianne Setterfield
10. Grobowiec z ciszy, Tobe Alsterdal

Sir Arthur Conan Doyle
Mój kochany Sherlock. Do tej pory czytałam tylko zbiór opowiadań i pierwszą z powieści. Najwyższy czas zabrać za za pozostałe trzy. No i spójrzcie na te piękne wydania! :)

11. Pies Baskervillów, A.C. Doyle
12. Znak czterech, A.C. Doyle
13. Dolina Strachu, A.C. Doyle






Millennium
Pierwsze dwie części "trylogii" Larssona siedzą dumnie na półce z moimi ulubionymi książkami. Za trzecią jak dotąd nie zdołałam się zabrać, ogromne z niej tomiszcze. A tu już czeka czwarta część! I co ja mam biedna począć? Książek tak dużo, czasu tak mało...

14. Zamek z piasku, który runął, Stieg Larsson
15. Co nas nie zabije, David Lagercrantz




Aktualnie czytam
Egzemplarz recenzencki od wydawnictwa Muza. Cegła. Trochę ciężko mi idzie, ale czytam wytrwale...

16. Pochłaniacz, Katarzyna Bonda





... i przeglądam przepięknie wydaną książkę Garance Dore, "LovexStylexLife". Chyba wszystkie "dziewczyńskie dziewczyny" ją kojarzą. ;)

Pozostałe miejsca przeznaczam na spontaniczne decyzje, lektury, które będę musiała przeczytać na studia i (mam nadzieję) nowe członkinie mojego księgozbioru. Zobaczymy w przyszłym grudniu, co ostatecznie z tego planu wyszło. ;)

A jakie Wy macie czytelnicze postanowienia na nowy rok?

czwartek, 3 grudnia 2015

Dziewczyna z pociągu (Paula Hawkins)



"Rachel każdego ranka dojeżdża do pracy tym samym pociągiem. Wie, że pociąg zawsze zatrzymuje się przed tym samym semaforem, dokładnie naprzeciwko szeregu domów. Zaczyna się jej nawet wydawać, że zna ludzi, którzy mieszkają w jednym z nich. Uważa, że prowadzą doskonałe życie. Gdyby tylko mogła być tak szczęśliwa jak oni. I nagle widzi coś wstrząsającego. Widzi tylko przez chwilę, bo pociąg rusza, ale to wystarcza.

Wszystko się zmienia. Rachel ma teraz okazję stać się częścią życia ludzi, których widywała jedynie z daleka. Teraz przekonają się, że jest kimś więcej niż tylko dziewczyną z pociągu."




Ostatnio czytelniczy światek kipiał wręcz od zachwytów nad debiutancką powieścią brytyjskiej pisarki, Pauli Hawkins. "Dziewczynę z pociągu" czytają wszyscy, a rekomendacje na okładce to entuzjastyczne komentarze Stephena Kinga, Tess Gerritsen czy Lisy Gardner. Pytanie brzmi: czy to tylko rozbuchana promocja, czy rzeczywiście książka jest tak fenomenalna?

Wszystko zaczyna się dość ponuro i tajemniczo. Rachel dzień w dzień podróżuje pociągiem na jednej linii. Właściwie nie wiemy, jaki ma w tym cel. Jeździ do pracy? Wiemy niewiele poza tym, że najbardziej interesuje ją para zamieszkująca jeden z domów, który Rachel zawsze widzi, kiedy pociąg zatrzymuje się na stacji. Poza tym, dość łatwo się domyślić, że bardzo lubi gin. 

Rachel tworzy w swojej głowie wyobrażenie o tym, kim jest para, którą codziennie obserwuje. Nazywa kobietę Jess, a mężczyznę - Jason. Wydają się idealni. Mają wszystko to, czego brakuje jej. Mają to, co ona miała kiedyś. Niedługo potem jednak Rachel widzi Jess w sytuacji, która burzy jej dotychczasową wizję perfekcyjnego życia pary. 

Rachel to nieciekawa kobieta z przykrą przeszłością i beznadziejną teraźniejszością. Jej największą pasją jest alkohol oraz jej były mąż. Nie ma celu, nie czuje się atrakcyjna, nic jej w życiu nie wychodzi - czytelnik może jej jedynie współczuć. Wkrótce jednak pojawiają się wiadomości, że zaginęła kobieta i nagle Rachel ma przed sobą jasne zadanie. Zaginioną kobietą jest "Jess", a Rachel wie o niej coś, czego nie wie nikt inny. Dochodzenie czas zacząć.

Historia opowiedziana jest z perspektywy trzech kobiet. Relacje każdej z nich wprowadzają coś istotnego do fabuły książki, splatając się wreszcie w zaskakującą całość. Akcja jest dość wartka, choć nie brnie do przodu w szaleńczym tempie - nowe poszlaki pojawiają się stopniowo, ale we właściwych momentach, tak, że nie sposób skończyć czytania na końcu rozdziału. "Dziewczyna w pociągu" trzyma w napięciu do końca - niektórzy mówią, że zakończenia można się domyślić bardzo wcześnie, dla mnie jednak nie było ono oczywiste.


Debiut Pauli Hawkins to bardzo udany debiut. Autorka dobrze wiedziała, co robi i stworzyła naprawdę wciągającą, elektryzującą historię. Próżno doszukiwać się tu głębszej ideologii czy drugiego dna, ale w swoim gatunku - pogranicze thrilleru/kryminału - zdecydowanie się wyróżnia. Warto znać, o ile szuka się po prostu dobrej rozrywki.

piątek, 20 listopada 2015

Gwiazd naszych wina (John Green)








"Hazel choruje na raka i mimo cudownej terapii dającej perspektywę kilku lat więcej, wydaje się, że ostatni rozdział jej życia został spisany już podczas stawiania diagnozy. Lecz gdy na spotkaniu grupy wsparcia bohaterka powieści poznaje niezwykłego młodzieńca Augustusa Watersa, następuje nagły zwrot akcji i okazuje się, że jej historia być może zostanie napisana całkowicie na nowo."







Zanim jeszcze przestałam być nastolatką, zauważyłam, że mój związek z literaturą młodzieżową poważnie szwankuje. Przeważnie książki z tego gatunku okazywały się w moim odczuciu zbyt naiwne i przewidywalne. Prędko więc pożegnałam się z propozycjami w tym klimacie na korzyść kryminałów czy szeroko pojętej literatury obczajowej. Jednak słysząc (i czytając w recenzjach) wszędobylskie ochy i achy pod adresem osławionej powieści Johna Greena, "Gwiazd naszych wina", pomyślałam: to nic, że to powieść dla nastolatek. Ta wydaje się być lepsza niż wszystkie inne, skoro tyle osób ją pokochało i zgodnie mówi, że to tytuł zarówno dla młodszych, jak i starszych czytelników. No i zaczęłam czytać.

To, co uderzyło mnie od samego początku, to prosty styl, jakim książka została napisana. Tyczy się to właściwie zarówno języka, jak i fabuły, a w dużej mierze także (niestety, bardzo niestety) bohaterów. Wiem, że powieść adresowana do nastoletniego odbiorcy nie będzie obfitować w środki stylistyczne czy rozbudowane opisy. Nie ma dla mnie jednak dobrej książki bez porządnego portretu psychologicznego bohatera. Tutaj jest próba stworzenia ciekawej postaci, owszem, widać to szczególnie w przypadku Augustusa. Autor stara się pokazać go na kilku płaszczyznach, nie kreuje go na papierowy ideał. Augustus zatem ma kilka wad - jest trochę za bardzo skupiony na sobie i chwilami arogancki, ma też tendencję do nadinterpretacji wszystkiego, co go otacza. Z drugiej strony jest charyzmatyczny i błyskotliwy. Teoretycznie brzmi nieźle, prawda? A jednak, w ogólnym rozrachunku nie przekonał mnie do siebie za bardzo. Zabrakło mu autentyczności, do końca był dla mnie w dużej mierze papierowy.

Styl, którym operuje Green, utyka podobnie jak Augustus z jego protezą zamiast nogi. Zdania raz są tak skrótowe i proste, że wyglądają jak rodem z zeszytu gimnazjalisty. Zaraz później przeistaczają się, ni z gruchy ni z pietruchy, w pseudo-filozoficzną dysputę, a biedny czytelnik jest już zupełnie skonsternowany. To z czym w końcu mamy do czynienia? Na domiar złego, autor zdecydował się jeszcze w podręcznikowy sposób wytłumaczyć czym jest piramida potrzeb Maslowa. Naprawdę dzieci z liceum nie znają piramidy potrzeb Maslowa? To strasznie przykre i banalne dla ciut starszego czytelnika. Ostatecznie, skrótowość opisów, jak i fabuły, jest odpowiedzialna za to, że nie do końca mogłam zżyć się z bohaterami i naprawdę wciągnąć w ich świat.

Przewidywalność to kolejny problem. Od samego początku nie ma wątpliwości, co będzie głównym aspektem fabuły. Już na nastej stronie główna bohaterka, Hazel, poznaje przystojnego chłopaka - Augustusa, oczywiście. Ich pierwsze spotkanie to wymiana zainteresowanych spojrzeń i w jakimś stopniu seksualne napięcie. Autor nie zostawił pola na bardziej subtelny rozwój chemii pomiędzy bohaterami - właściwie to, że będą razem, było od razu wiadome. A szkoda, można było nadać tej relacji więcej magii. 

"Gwiazd naszych wina" nie jest jednak książką złą. Sama historia jest właściwie dobra, mocna. Dwójka młodych ludzi chorych na raka, którzy wiedzą, że nigdy nie będą mogli się ze sobą zestarzeć, bo wcześniej wykończy ich nieuleczalna choroba. Takie historie uczą w jakimś stopniu doceniać to, co się ma i to, ile jeszcze będzie się mogło mieć. Hazel i Augustus nie mają takich perspektyw, więc uczą się, jak celebrować każdy jeden moment, kiedy jeszcze mogą cieszyć się sobą.

W ostatecznym rozrachunku mam co do tej książki mieszane uczucia - z jednej strony mnie wzruszyła, z drugiej jednak ciągle odnosiłam wrażenie, że jest napisana "na szybko", "na odwal". Ale cóż, może skrótowość to nieodłączna cecha powieści z gatunku literatury młodzieżowej. Jako lekki nie-całkiem-odmóżdzacz "Gwiazd naszych winę" mogę polecić.

niedziela, 1 listopada 2015

Inna dusza (Łukasz Orbitowski)




"Miasto. Zniszczone, obdrapane i brudne kamienice. Zmęczeni ludzie w ubłoconych, wiecznie spóźnionych i zatłoczonych autobusach. Przygnębienie i pustka. I nagle w jednej głowie kiełkuje ta dziwna myśl, nieodparte pragnienie. Bez motywu, bez powodu, jak głód. Tak jakby ciało przejmowała inna dusza, która nakazuje to zrobić. Nie można od niej uciec. Pewnego dnia miasto zatrzyma się przerażone zbrodnią."






"STALOWY CZŁOWIEK PRZEPOŁAWIA SOBĄ ŚWIAT"


Po wyjątkowo udanym debiucie wydawnictwa Tomasza Siekielskiego ("Preparator") z nieukrywaną niecierpliwością i sporymi oczekiwaniami sięgałam po "Inną duszę", drugą książkę stanowiącą część cyklu na F/Aktach, wykorzystującego elementy prawdziwych zdarzeń do wysnucia historii z pogranicza non-fiction i powieści kryminalnej. Książka Orbitowskiego miała być jednak inna od swojej poprzedniczki, choć równie mroczna i wstrząsająca.

Bydgoszcz, lata 90. Zwykłe polskie miasto. Nie wyróżnia się bogactwem, uroczą zabudową czy światłymi i odnoszącymi sukcesy mieszkańcami. Jest raczej odwrotnie - zewsząd dociera ponura atmosfera szarej codzienności, biedy, uzależnień i nikłych perspektyw na dobrą przyszłość. W takim świecie ponurych blokowisk żyje trójka młodych chłopaków - Krzysiek, Darek i Jędrek. Wydaje się, że ich życie będzie równie zwyczajne i nieciekawe jak tysiąca innych mieszkańców Bydgoszczy. Właściwie wiele na to wskazuje - chłopcy spędzają dni na normalnych zajęciach. Grają na flipperach, próbują dostać się na tanią siłownię, próbują piwa, zaczynają interesować się dziewczynami. Wszystko zmienia się drastycznie, kiedy jeden z nich zostaje zamordowany. Martwego Darka znajduje jego siostra. Sprawca zbrodni nie zostaje znaleziony. Wkrótce jednak okazuje się, że Krzysiek wie, kto jest odpowiedzialny za śmierć jego przyjaciela.

Jędrek wydaje się być dobrym chłopakiem. Chodzi na praktyki do cukierni, żeby mieć w przyszłości sensowny zawód, szanuje rodziców i chętnie pomaga innym. Oprócz powłoki normalności, skrywa się w nim jeszcze coś więcej. Nie wiadomo, dlaczego lubi zabijać. Przemoc zawsze gdzieś się w nim chowała, czekając tylko na moment, by uderzyć. Najpierw był trening. Wybór odpowiedniego noża, ćwiczenia fizyczne. Poderżnięcie gardeł małym kociętom. Z czasem koty zmieniły się na ludzi. Dwie zbrodnie. Każda bez motywu. 

Skąd wzięło się w Jędrku to zło? Życie nie doświadczyło go w żaden sposób, miał pełną i normalną rodzinę, nie był głupi. Kto był odpowiedzialny za popełnione zbrodnie? On czy inna dusza, która przejmowała nad nim kontrolę, kiedy mordował? Pytania pozostają bez odpowiedzi. 

Tak naprawdę to nie wątek kryminalny jest w "Innej duszy" najważniejszy. Historia Jędrka intryguje i składnia do główkowania, jednak na pierwszy plan w powieści Orbitowskiego wysuwa się miasto i codzienne życie, które się w nim toczy. Autor wiernie oddaje koloryt Bydgoszczy u schyłku dwudziestego wieku, przekonująco opisuje detale, które składały się na tamtą epokę. 

Przyziemne elementy w ciekawy sposób zderzają się z wydarzeniami, które nami wstrząsają, Orbitowski wrzuca do swojej książki kilka nieoczywistości; widać to na kilku płaszczyznach. Jędrek, na co dzień zwykły, miły i uczynny chłopak, to morderca, który z dumą pokaże policjantom, jak dobijał swoje ofiary. Pozornie nieuchwytny, "piękne zwierzę, które musi zabijać", w końcu zostaje dosięgnięte przez sprawiedliwość. Ojciec Krzyśka, miłośnik książek, to ostatni pijaczyna, który przepija każdy grosz i urządza awantury, by zaraz potem rozpocząć (w swoim mniemaniu) zawiłą i głęboką dywagację o religii, społeczeństwie, celach mężczyzny czy strukturze rodziny. Krzysiek, wywodzący się z biednego domu, który nie ma mu wiele do zaoferowania postanawia, że osiągnie w życiu coś porządnego. 

Pomyśleć, że kiedyś nie przepadałam za polskimi autorami. Co dopiero za książkami, które traktują o latach 90. Orbitowski wciąga już od pierwszej strony. Ciekawa narracja, solidnie skonstruowani bohaterzy, pytania, na które nie dostajemy jednoznacznych odpowiedzi, dobrze zbudowany portret miasta. Wydaje się, że "Inna dusza" to faktycznie non-fiction. Pogratulować talentu. Czekam na więcej.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję 
Wydawnictwu Od Deski Do Deski:


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...