środa, 7 maja 2014

Zabójczy księżyc (N.K. Jemisin)


"W pustynnym mieście-państwie Gujaareh jedynym prawem jest spokój. Porządek utrzymują kapłani bogini snu, zwani zbieraczami - gromadzą sny obywateli, leczą chorych i rannych, prowadzą śniących w życie wieczne... nie zważając na to, czy śniący się na to zgadza. Kiedy Ehiru (...) otrzymuje zlecenie pobrania snów kobiety przysłanej do Gujaarehu z misją dyplomatyczną, niespodziewanie dla samego siebie zostaje wciągnięty w spisek, który może doprowadzić do wybuchu nieszczącej wojny."


   Bez bicia przyznam, że z fantastyką jestem na bakier. Choć lubię różne gatunki literatury i nie zamykam się w jednej szufladce czytelniczych upodobań, fantastyka jak dotąd chyba przemawia do mnie najmniej. Zrobiłam oczywiście wyjątek dla serii typu "Harry Potter" czy "Wiedźmin", które stanowią piękne wyjątki od reguły i na zawsze zostaną na mojej półce z tabliczką "Ulubione", jednak niewiele więcej w dziedzinie fantasy (o SF już nie wspominając) mam do powiedzenia.

   "Zabójczy księżyc" potraktowałam jako odświeżające odstępstwo od normy. Moja czytelnicza rutyna ostatnimi czasy ograniczała się do lektur z kanonu literatury brytyjskiej i amerykańskiej, z małymi przerwami na coś ogłupiającego w stylu "Inferno" Dana Browna. Powzięłam sobie zatem małe wyzwanie - podejście do fantastyki, kolejna runda. Kto wie, może akurat przypadnie mi do gustu.

   Jakkolwiek dobre miałam chęci, moja przygoda z "Zabójczym księżycem" trwała trochę długo. Znacie to uczucie, kiedy książkę się po prostu połyka? Z pewnością nie było tak w tym przypadku. Nie znaczy to jednak, że spotkanie z powieścią Nory Jemisin w żadnym stopniu nie wywarło na mnie pozytywnego wrażenia. Co było zatem nie tak? Po pierwsze - przyciężkawy styl. Pięćdziesiąt na pięćdziesiąt, że to wina tłumaczenia. Bez względu na to, "Zabójczy księżyc" nie jest powieścią, o której można powiedzieć, ze została napisania sprawnie i lekkim piórem. Ten problem stracił trochę na sile pod koniec książki, kiedy tak naprawdę dopiero rozwinęła się akcja, a ja sama zaczęłam przewracać strony z zauważalnie większym zainteresowaniem. I tutaj właśnie docieramy do miejsca, w którym widzimy drugi problem. Akcja "Zabójczego księżyca" jest... cóż, bardzo przeciętna. Na dobrą sprawę trudno jest się zaangażować w rozwój wydarzeń, po części może dlatego, że sami bohaterowie są tak kiepsko zarysowani, że aż obojętni. A ciężki styl, średnio wciągająca akcja i mało ciekawi bohaterowie - no cóż, jakkolwiek nie spojrzeć, nie świadczy to o książce najlepiej.

   Jakie są plusy? Końcówka dość nieoczywiście poprowadzona, zostawia czytelnika z chęcią dowiedzenia się, jak dalej potoczy się ta historia (dobry chwyt marketingowy, druga część już niedługo w sprzedaży!), po dłuższym czasie jednostajnej akcji dostajemy też wreszcie solidny, mięsisty opis walki dobrego ze złym, a bez tego nie wyobrażam sobie fantastyki. Znajdzie się też chrapka dla zapalonych poliglotów - pod warunkiem, że wymyślone języki też was interesują. Nora Jemisin proponuje w swojej powieści dość ciekawy przykład języka, który naprawdę nie istnieje. A gdyby istniał, chyba język prędzej zaplątałby mi się w mocny supeł, niż wypowiedziałabym te piekielne nazwy! 

   Pomimo wielu wad, których można się w tej książce dopatrzeć, nie uważam czasu poświęconego na "Zabójczy księżyc" za stracony. Miłośnikom gatunku ta powieść z pewnością przypadnie do gustu. Dla mnie ta lektura była po prostu względnie miłym przerywnikiem. A tymczasem wracam do tego, co lubię najbardziej. Co to takiego? Dowiecie się już niedługo. ;)



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Akurat oraz agencji Business&Culture.


poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Wiosna w pełni


Co nowego u mnie na czytelniczej półce? Same cuda od Muza SA. Aktualnie kończę "Zabójczy księżyc" wydawnictwa Akurat, a później zabieram się za (niekoniecznie w tej kolejności):

1. Wielki przekręt (Will Ferguson)
2. Olivido znaczy zapomnienie (Maria Duenas)
3. Zapach miasta po burzy (Olgierd Świerzewski)

A co wy czytacie wiosną?



poniedziałek, 10 marca 2014

Inferno (Dan Brown)

"Inferno" autorstwa Dana Browna
Wydawnictwo Albatros Sonia Draga

"Robert Langdon budzi się na szpitalnym łóżku w zupełnie obcym miejscu. Nie pamięta, jak i dlaczego znalazł się w szpitalu. Nie potrafi też wyjaśnić, w jaki sposób wszedł w posiadanie tajemniczego przedmiotu, który znajduje we własnej marynarce. (...) Ledwie na dobre odzyskuje przytomność, ktoś próbuje go zabić. W towarzystwie młodej lekarki Sienny Brooks Langdon opuszcza w pośpiechu szpital. Ścigany przez nieznanych wrogów przemierza uliczki Florencji, próbując odkryć powody niespodziewanego pościgu. Podąża śladem tajemniczych wskazówek ukrytych w słynnym poemacie Dantego…"


   Dan Brown to taki autor, którego niespecjalnie trzeba przedstawiać. Wydaje mi się, że każdy, kto chociaż trochę interesuje się najnowszą literaturą popularną, przynajmniej raz zetknął się z tym nazwiskiem, najprawdopodobniej za sprawą "Kodu Leonarda da Vinci", powieści, która na dobre przyniosła sławę Robertowi Langdonowi, wykreowanemu przez Browna profesorowi z Harvardu, największemu na świecie specjaliście od symboli. "Inferno" to już czwarta z kolei powieść poświęcona przygodom tego właśnie bohatera. I im dalej w las, tym bardziej nieprawdopodobnie się robi. Nieprawdopodobnie i nudno zarazem. Niemożliwe? A jednak.

   Kiedy dowiedziałam się, że Brown wydaje nową książkę, byłam wniebowzięta - Będzie kolejne świetne czytadło na wieczór, pomyślałam sobie, pełna nadziei na to, że pisarz zaserwuje mi jeszcze jedną wciągającą, przesyconą symbolami i zwrotami akcji powieść, która po prostu mnie pochłonie. Nie zastanawiałam się długo, po prostu kupiłam "Inferno" i zabrałam się do czytania. No właśnie... zaczęłam tę książkę czytać w zeszłym roku, skończyłam dopiero dziś. Dlaczego? Czy była aż tak zła? Nie, może nie w tym rzecz. Pewnie złożyło się na obecną sytuację kilka czynników, między innymi brak czasu i inne, ciekawsze książki do przeczytania. 

   Nie zrozumcie mnie źle, nie mówię, że jest beznadziejnie. Ale... nie ma fajerwerków. Akcja jest, owszem, całkiem wartka i właściwie nieźle skonstruowana. Amerykański profesor znów na tropie intrygi, która zagraża całemu światu. I tutaj właśnie nasuwa się pytanie - jakim cudem jedna osoba może nieustannie wplątywać się w sytuacje prowadzące do niesamowitych odkryć, takich, które zmieniają nasze spojrzenie na świat, który dotychczas znaliśmy? Kiedy po raz czwarty czytelnik ma zmierzyć się z taką historią, zaczyna nastawiać się do tego bardzo sceptycznie. Ba, może nawet poczuć trochę irytacji. Bo to wtórne. Schematyczne. Ile można?

   Mam też wrażenie, że po dłuższym czasie obcowania z literaturą - nie ukrywajmy - trochę wyższych lotów niż powieść sensacyjna, nie widzę już większego sensu w sięganiu po książki w stylu "Inferno". Bo poza sporą kolekcją opisów zabytków i dzieł sztuki, powieść ta do moich doświadczeń czytelniczych nie wniosła zupełnie nic.

   Decyzję tym razem pozostawiam Wam, nie mówiąc ani tak, ani nie. "Inferno" na swój sposób umiliło mi kilka podróży pociągiem, ale nie wywołało we mnie choć w małym stopniu takich emocji, jak wcześniejsze książki Dana Browna. Hej, czyżby to znak, że dojrzałam jako czytelnik? ;)

Ocena: 3+

poniedziałek, 3 marca 2014

[Przedpremierowo] Wieczerza

"Wieczerza" autorstwa Tatiany Jachyry
Wydawnictwo Akurat
Data premiery: 19 marca 2014

"Najbardziej bulwersująca i skandalizująca książka ostatnich lat! Niezwykle śmiały pod względem obyczajowym thriller psychologiczny, w którym chorobliwa seksualna fascynacja odgrywa równie ważną rolę jak religijny fanatyzm i społeczne wyobcowanie głównych postaci. Bohaterowie książki (...) są jak postaci z antycznego dramatu, z góry skazane na tragiczny koniec."




   Wobec debiutanckiej powieści Tatiany Jachyry nie miałam zbyt dużych oczekiwań - z tymi debiutami to jednak różnie bywa, lepiej się więc nie nastawiać na fajerwerki, żeby ewentualnie rozczarowanie nie było zbyt dotkliwe. I dobrze zrobiłam - bo ni stąd, ni zowąd trafiłam na jedną z ciekawszych i bardziej wciągających książek, jakie miałam okazję ostatnimi czasy przeczytać.

   Warszawa. Dawid pracuje jako ginekolog, od lat jest singlem, a wszyscy dookoła zastanawiają się, dlaczego tak atrakcyjny mężczyzna jest sam. Joanna właśnie przeprowadziła się do stolicy wraz ze swoim narzeczonym, który, podobnie jak ona, jest fotografem. Nowe miasto odrobinę ją przytłacza, tym bardziej, że jej partner ciągle jest w trasie - zawód reportera nie pozwala mu na dłuższe zagrzanie jednego miejsca. Tym gorzej czuje się Joanna, kiedy dowiaduje się, że jest w ciąży. Osamotniona, wyobcowana w nowym mieście, nagle bez pracy, która była sensem jej życia i z perspektywą zostania mamą (choć nigdy tego nie planowała!), rozpaczliwie potrzebuje przyjaznej duszy. 
   
   Yasmine, tancerka w klubie go go i prostytutka. Piękna i kusząca, uwodzi, ale nie pozwala nikomu zanadto się do siebie zbliżyć. Tomasz, zafascynowany piękną kobietą, skrywający szokującą tajemnicę i nieprzenikniony. 

   Co łączy wszystkich tych bohaterów? Wyobcowanie? Pewnie tak. Nieobliczalność? Zdecydowanie. Zagubienie. Samotność. Demony przeszłości. Niezagojone rany. Okrutny przypadek.

   W swojej debiutanckiej powieści Jachyra pokazuje najciemniejszą stronę człowieka. Bez ozdobników, surowo i konkretnie. Prosto z mostu. Styl, którym się posługuje, balansuje na granicy poezji i eksperymentalnej prozy, w której narracja zmienia się równie szybko, jak emocje targające bohaterami. Zdania są krótkie. Czasem dosadne, a czasem metaforyczne. 

   Mocne nerwy mile widziane. W czasie lektury tej książki niejednokrotnie będziecie zaszokowani, zniesmaczeni, może nawet przerażeni tym, do czego może posunąć się na pozór zwykły człowiek. Jak bardzo trzeba być zranionym, by chcieć ranić innych tak bezlitośnie? Gdzie jest w tym wszystkim Bóg? Czyżby zakrywał oczy na ułamek sekundy, w którym dopełniają się ludzkie tragedie? Czy kiedy wszystko się wali, można jeszcze wierzyć, że on istnieje?

   Choć nieidealna, "Wieczerza" jest doprawdy ciekawą propozycją dla wszystkich tych, którzy mają dość gładkich słów i przyjemnych historyjek, które nijak mają się do prawdziwego życia. Wydaje mi się, że trafiłam na tę powieść w odpowiednim momencie mojego życia, połykałam wręcz kolejne strony i chciałabym więcej. 

Ocena: 5

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Akurat oraz agencji Business&Culture


środa, 12 lutego 2014

The House on Mango Street (Sandra Cisneros)

"The House on Mango Street" autorstwa Sandry Cisneros

"The House on Mange Street" opowiada historię Esperanzy Cordero, żyjącej w otoczeniu, w którym nieoczywiste piękno styka się z surową rzeczywistością. Esperanza nie chce być jego częścią - ani tego zaniedbanego sąsiedztwa, ani niskich oczekiwań, które ma wobec niej świat. Historia Esperanzy to opowieść o młodej dziewczynie, która zaczyna odkrywać swoją siłę i próbuje zdefiniować osobę, którą w przyszłości się stanie.


  Oto jedna z ostatnich książek, które musiałam przeczytać w ramach zajęć z historii literatury amerykańskiej, i która - całe szczęście! - okazała się naprawdę kawałkiem dobrej, ciekawej i wartościowej prozy. 
   Obawiam się, że na próżno szukać polskiego tłumaczenia; dla tych jednak, którzy dobrze znają język angielski, "The House on Mango Street" jest świetną propozycją, by dowiedzieć się trochę o życiu imigrantów z Ameryki Łacińskiej w powojennych Stanach Zjednoczonych.  Historia opowiedziana jest w narracji pierwszoosobowej, przez młodziutką Esperanzę, która dzięki swojej dziecinnej naiwności poprzez krótkie opowiadania o swoich sąsiadach, rodzinie czy szkole przedstawia całe mnóstwo ciekawych aspektów życia zarówno jej, jak i innych osób tego samego pochodzenia. 
   Nietypowy jest również język, którego Cisneros używa w "The House on Mango Street". Proste słowa i konstrukcje typowe dla dziecięcego, niedojrzałego języka splatają się z trafnymi metaforami, nadając tekstowi charakteru z pogranicza poezji i prozy.

"When I am too sad and too skinny to keep keeping, when I am a tiny thing against so many bricks, then it is I look at trees. When there is nothing left to look at on the street. Four who grew despite concrete. Four who reach and do not forget to reach. Four whose only reason is to be and be."


   W tych momentach, kiedy mogę obcować z tego typu literaturą, najbardziej doceniam moją znajomość angielskiego, która pozwala mi czytać książki, których tłumaczeń niestety nie znalazłabym w Polsce, a które wiele mają czytelnikowi do przekazania - nie są tylko pustą historyjką, która zajmie naszą uwagę na godzinę, dwie, a rzeczywiście otwierają oczy na historię, realia, w jakich niektórzy ludzie muszą żyć. Taka literatura uczy nas świata. Polecam! :)

www.facebook.com/reviewsbylittleveronica
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...