piątek, 30 sierpnia 2013

Ciało (Tess Gerritsen)

"Ciało" ("Girl missing") autorstwa Tess Gerritsen
Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2011
320 stron

"Zwłoki pięknej młodej dziewczyny przywiezionej do prosektorium nie zdradzają żadnych widocznych urazów ani śladów przemocy. Lekarka sądowa Kat Novak przypuszcza, że kobieta mogła przedawkować narkotyki. Numer telefonu zapisany na opakowaniu zapałek w zaciśniętej dłoni zmarłej prowadzi do prezesa firmy farmaceutycznej."


   Jeśli chodzi o lekkie książki, które połyka się w kilka godzin i czyta głównie dla rozrywki samej w sobie, nie ma dla mnie w tej kategorii nikogo lepszego niż Tess Gerritsen. Sama nie wiem, dlaczego na tak długi czas odstawiłam w kąt powieści tej autorki - zdążyłam się już porządnie stęsknić. W każdym razie, któregoś dnia w ręce wpadła mi jedna z wcześniejszych książek Tess, utrzymana bardziej w klimatach romansu z dreszczykiem niż thrillera medycznego, niemniej postanowiłam dać jej szansę.

   Rok 1994. Słynne Jane Rizzoli i Maura Isles jeszcze nie zostały powołane do życia. "Ciało" opowiada historię Kat Novak, lekarza sądowego, rozwódki, kobiety doświadczonej przez los, silnej i samowystarczalnej. Choć Kat sprawdza się w swoim fachu, a martwi pacjenci są dla niej jak chleb powszedni, to nie jest jednak pozbawiona typowo ludzkich odruchów. Nie wydaje się być taka zimna i opanowana jak Królowa Lodu, Maura Isles (bohaterka późniejszych powieści Tess Gerritsen), co pozwala szybciej polubić tę postać. Każde martwe ciało skrywa w sobie jakąś historię, wspomnienia. Dlatego też kiedy pod jej skalpel trafiają zwłoki anonimowej młodej kobiety, która w dłoni ściska pudełko zapałek z zapisanym na nim numerem telefonu, Kat postanawia wziąć sprawę w swoje ręce. Numer prowadzi ją do właściciela firmy farmaceutycznej, który zdaje się w jakiś sposób powiązany ze zmarłą. Wkrótce potem wychodzi na jaw, że dziewczyna zmarła na wskutek przedawkowania dziwnej, nieznanej substancji. Narkotyku, który zabija w mgnieniu oka. Na tym jednak się nie kończy. Giną kolejne osoby. Łączy je przyczyna śmierci i miejsce zamieszkania. Wszystkie ofiary są powiązane z najuboższą i najbardziej niebezpieczną dzielnicą w mieście. Kto za tym stoi? Kat nie spocznie, dopóki nie rozwiąże tej zagadki.

   Niestety trochę rzuca się w oczy, że "Ciało" to jedna z wcześniejszych książek Tess Gerritsen. Styl, jakim autorka się posługuje bywa trochę niezgrabny, nie tak płynny i wyćwiczony jak w serii o Rizzoli&Isles. Nie przeszkadza to jednak na tyle, by nie docenić całkiem ciekawej intrygi oraz wartkiej akcji. Jak zwykle też możemy liczyć na świetne opisy sekcji zwłok. Może i coś ze mną nie tak, ale uwielbiam śledzić przebieg autopsji. Tess Gerritsen zawsze opisuje to po mistrzowsku, szczegółowo tłumacząc każdy etap sekcji. Skalpele, wnętrzności, tego mi brakowało. 

   I chociaż w przedmowie autorka zaznacza, że "Ciało" jest typowym romansem z wątkiem kryminalnym, nie zakwalifikowałabym tej powieści do takiej kategorii. Samo śledztwo zajmuje zdecydowanie więcej miejsca niż historia miłosna, i spisuję to na duży plus. Dlatego wszystkim, którzy mają ochotę na odrobinę rozrywki, mogę z czystym sercem polecić "Ciało". Ja przeczytałam tę powieść z przyjemnością i wydaje mi się, że to dobra propozycja na kryzys czytelniczy. Od razu chce się czytać więcej.

Ocena: 4

czwartek, 22 sierpnia 2013

Kobieta niespodzianka (Piotr Kołodziejczak)

"Kobieta niespodzianka" autorstwa Piotra Kołodziejczaka
Wydawnictwo Borgis, Warszawa 2011
180 stron

"Z tej książki dowiadujemy się, że nigdy nie można wykluczyć, iż nasze monotonne życie pewnego dnia zostanie przewrócone do góry nogami. A kiedy takie rzeczy się dzieją, to musi w tym maczać palce kobieta. Jak to możliwe, że jedna kobieta tak po prostu może całkiem odmienić życie wielu osób naraz? W książce Piotra Kołodziejczaka odpowiedzi jest kilka i wszystkie szokują."

   Pan Kołodziejczak, ujęcie drugie. Po przeczytaniu "W kajdankach namiętności" tego samego autora, w moje ręce wpadła "Kobieta niespodzianka". Mając w pamięci wrażenia po pierwszym spotkaniu z twórczością tego polskiego pisarza, nastawiłam się na książkę lekką, napisaną w przystępny sposób. Niewielka objętość tomiku i duża czcionka podpowiedziały mi też, że lektura zajmie mi nie więcej niż kilka godzin. 
   
   I tak właściwie było. Historia przedstawiona w "Kobiecie niespodziance" to krótka opowieść o typowej polskiej rodzinie. Magda i Andrzej wychowują dwójkę dzieci. Młodszego Romka i starszą Basię. Ich życie jest przewidywalne do bólu. Każde z rodziców ma niezłą pracę, syn spędza całe dnie przed komputerem, córka po studiach zmaga się z bezrobociem. Wszystko jednak układa się dość pomyślnie, dopóki kobieta o imieniu Marta nie składa Andrzejowi dziwnej wizyty. Odwiedza go w pracy, dyskretnie. Niedługo potem rodzina zaczyna zauważać, że coś w zachowaniu Andrzeja się zmienia. Zaczynają się natrętne telefony, niezręczności, wreszcie Basia zauważa ojca w towarzystwie młodej i atrakcyjnej dziewczyny. Wszystko wskazuje na to, że rodzinna idylla zmierza ku końcowi. 

   Ciężko jest powiedzieć mi cokolwiek konkretnego na temat tej powieści. W zasadzie można by "Kobietę niespodziankę" potraktować bardziej jak opowiadanie, bo zanim akcja zdąży się rozwinąć na dobre, to już się kończy. W sposobie, w jaki Piotr Kołodziejczak nakreślił fabułę i napędzał akcję swojej książki, widzę wiele nieścisłości. Z jednej strony mamy rozbudowany opis wspólnych wakacji Magdy i Andrzeja, gdzie smażalnia ryb zostaje zilustrowana tak dokładnie, jak tylko można to zrobić, a z drugiej - brak tu konkretnych ogniw łączących poszczególne wydarzenia. Sprawia to, że do książki wkradają się nieścisłości, powstają dziwne luki, które czytelnik musi wypełnić własnymi domysłami. Mam wrażenie, że najważniejsze wątki zostały potraktowane zupełnie po macoszemu, a te poboczne, paradoksalnie, w oczach autora zasłużyły na szczególne wyeksponowanie. Nie rozumiem tego zabiegu, bo choć nawet te niewiele znaczące wstawki czyta się przyjemnie, to nie wnoszą one nic do powieści, a jedynie zostawiają czytelnika w stanie wysoko posuniętej dezorientacji, kiedy dociera on do momentu, w którym nie jest już pewien, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi.

   Szczególnie zabrakło mi tutaj kilku słów na temat tytułowej bohaterki. Dziewczyna pojawia się na początku książki, bo zniknąć na kolejnych 150 stron. Nie wiemy o niej nic, nie wiemy, kim jest dla Andrzeja, ani jaka będzie jej ostateczna rola na tle wydarzeń powieści. Co prawda, taki manewr pozwolił pisarzowi na zbudowanie całkiem zgrabnego, zaskakującego zakończenia. Szkoda jednak, że nawet to zakończenie napisane jest tak na "raz, dwa, dziękuję za uwagę", bo zanim zdążyłam sobie je przetrawić, książka brutalnie się urwała, a ja pomyślałam sobie, że chyba należy mi się jeszcze jakieś słowo wyjaśnienia. Może dobrym pomysłem byłoby dopisać drugą część? Tyle wątków można by jeszcze wytłumaczyć i rozwinąć. 

   Potencjał był, choć nie został do końca wykorzystany. Wydaje mi się, że gdyby odpowiednio dopieścić tę książkę, byłoby to naprawdę bardzo przyzwoite czytadło. A tymczasem "Kobieta niespodzianka" pozostaje miłą propozycją, jeśli dysponujemy trzema wolnymi godzinami, lubimy historie o ludziach takich jak my, ale przy okazji lubimy, kiedy zakończenie książki po prostu "strzeli nam w twarz". I taką oto wyszukaną personifikacją chciałabym zakończyć mój wywód. Raz, dwa, dziękuję za uwagę.

Ocena: 3

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Borgis


   

czwartek, 15 sierpnia 2013

Jedz, módl się, kochaj (Elizabeth Gilbert)

"Jedz, módl się, kochaj" ("Eat, pray, love") autorstwa Elizabeth Gilbert
Wydawnictwo Rebis, Poznań 2010
488 stron


"Jedz, módl się, kochaj" mówi o tym, co może się zdarzyć, kiedy bierzemy odpowiedzialność za zadowolenie z własnego życia. To książka dla każdego, kto kiedykolwiek obudził się rano z nieodpartym pragnieniem zmian."





   Wszystko zaczęło się od tego, że kiedyś obejrzałam głośny film z Julią Roberts pod tytułem "Jedz, módl się, kochaj". Nie miałam bladego pojęcia, że powstał on na podstawie książki, dopóki jakiś czas później nie zobaczyłam mnóstwa egzemplarzy z przyciągającą wzrok okładką w toruńskim salonie Empiku. "Ooo, to może być ciekawa książka", pomyślałam sobie i poszłam dalej. I tak się złożyło, że na długo zapomniałam o tym tytule, do czasu, gdy natknęłam się na niego w bibliotece. 
   
   Nie miałam też najmniejszego pojęcia, że historia opisana w "Jedz, módl się, kochaj" jest oparta na prawdziwych wydarzeniach, a narratorką powieści jest sama autorka. Dlatego też zamiast konkretnej, wciągającej fabuły otrzymałam coś w rodzaju osobistych przemyśleń i dziennika z podróży Elizabeth Gilbert. 

   Na samym początku trzeba uzbroić się w cierpliwość, by przebrnąć przez kilkadziesiąt stron rozprawiania się z własną przeszłością, nieudanym małżeństwem, poszukiwaniem swojego miejsca na ziemi i tak dalej. Po zakończonym rozwodzie i kolejnym problematycznym związku Elizabeth, zwana zwykle Liz, postanawia wyruszyć w podróż swojego życia w poszukiwaniu przyjemności, pobożności i równowagi. 

   Na pierwszy rzut idą Włochy. Liz zgłębia tajniki dolce vita i objada się miejscowymi przysmakami. Tyje, i to całkiem sporo. Uczy się ukochanego włoskiego od native speakerów, jednym słowem - przeżywa the time of her life. Kiedy stwierdza, że wystarczy już tych przyjemności, wybiera się do Indii, gdzie w lokalnej aśramie poszukuje jedności z bogiem i sposobu na poukładanie własnej osobowości. Kiedy to już osiągnie, chce pojechać na Bali, by u boku tamtejszego szamana spróbować połączyć przyjemność ciała z przyjemnością ducha.

   Zaskakująco bardziej niż epizod opisujący Italię, do gustu przypadła mi część o pobycie Elizabeth w Indiach. Pewnie to za sprawą tego, że klimaty jogi nie są mi obce. Z jednej strony czytałam to z zaciekawieniem, z drugiej jednak w którymś momencie zderzyłam się z własnymi ograniczeniami. Choć uważałam się dotąd za osobę o otwartym umyśle, to niektóre fragmenty traktujące o wyższych stanach medytacji i jedności z bogiem trochę mnie przerosły. Moje sceptyczne nastawienie po raz kolejny ze mną wygrało. Takiego naładowania mistycyzmu nigdy nie doświadczyłam i nie potrafię pojąć.

   Bali? Świetna część. Wcześniej tak naprawdę, poza znajomą nazwą, nie miałam bladego pojęcia o tym miejscu. Elizabeth Gilbert jednak ciekawie przedstawiła kulturę, społeczeństwo, religię, obrzędy i ceremonie. Wreszcie też pojawiła się jakaś przyzwoita akcja. Sama autorka nie bała się też poruszyć trudniejszych tematów, jak na przykład sposób traktowania imigrantów przez rząd amerykański i dorzuciła nawet kilka słów o... masturbacji.

   Pomimo tych wszystkich pozytywów, bywały momenty, kiedy miałam ochotę cisnąć tą książką z całej siły. 500 stron filozoficznych chwilami wynurzeń może okazać się męczące. Zero ciągłej akcji, depresyjna gadka, wybujały egocentryzm. Przyznaję, nie było łatwo. Ale dobrnęłam do końca i nie żałuję. 

Ocena: 4- 

niedziela, 21 lipca 2013

W kajdankach namiętności (Piotr Kołodziejczak)

"W kajdankach namiętności" autorstwa Piotra Kołodziejczaka
Wydawnictwo Borgis, Warszawa 2013
232 strony


"Akcja powieści (...) toczy się w typowym mieście, w którym jedni pragną spokoju, a inni gonią za pieniądzem, jedni oczekują miłości, a inni wyruszają na podbój serc. Jednak pewnego dnia pojawia się bezlitosny morderca, za sprawą którego wszystko się zmienia. Odtąd nic nie będzie jak dawniej."




   Jak to jest, kiedy facet zabiera się za pisanie o kobietach? Czy mężczyzna rzeczywiście jest w stanie zrozumieć damską naturę? Piotr Kołodziejczak w swojej powieści "W kajdankach namiętności" próbuje wniknąć do umysłu kobiety i poddać analizie niewieście zachowania, a przy tym ulega trochę modzie na literaturę z dużą dawką erotyki i kryminalnymi wstawkami. 
   
   Nie martwcie się jednak. To nie kolejne "50 twarzy Greya". Nie uświadczycie tu opisów wyuzdanego seksu. Ba! Jakichkolwiek ostrzejszych scen jest u Piotra Kołodziejczaka jak na lekarstwo. Akcja powieści rozgrywa się w mieście X, którego nazwy nie poznajemy. Główną bohaterką zdaje się być Justyna, żona i matka, która zaczyna podejrzewać swojego męża o romans z koleżanką z pracy. Nie pozostaje mu jednak dłużna i wkrótce, za namową przyjaciółki, postanawia zasmakować zdrady. Kandydat pojawia się na horyzoncie błyskawicznie: młody i atrakcyjny pisarz, Bartek. Choć wydawać by się mogło, że to właśnie romans Justyny i Bartka stanowi główny wątek książki, bardzo dużo miejsca zajmują drugoplanowi bohaterzy i studia ich przyzwyczajeń, a także drugi wątek - kryminalny. W mieście grasuje bowiem morderca, który uśmierca obywateli uderzając ich młotkiem w głowę. 
   
   W książce bardzo rzuca się w oczy to, jak autor próbował połączyć kilka średnio pasujących do siebie wątków. Początek powieści to głównie opowieść o Justynie i jej przyjaciółce Irenie, a także mężu Karolu, codziennym życiu i pracy, później natomiast pierwsze skrzypce zaczyna grać sprawa zabójstw, a pisarz wprowadza nagle zupełnie nowych bohaterów i to na nich się skupia. Może być to odebrane jako zabieg mający na celu urozmaicić akcję, jednak dla mnie chwilami brakowało w tej powieści ogniw logicznie łączących wszystkie postacie i wydarzenia. Chwilami miałam wrażenie, że autor miał pomysłów na tę powieść wręcz za dużo i przez to żaden nie został rozwinięty dostatecznie. A szkoda, bo spokojnie można by ciekawie poprowadzić tę historię, pokusić się o trochę więcej opisów głównych wątków, zamiast kompulsywnego wplatania w i tak już krótkie rozdziały życiowych historii mało znaczących postaci, niewnoszących nic szczególnego do fabuły.

   Sami bohaterowie też nie są bez zastrzeżeń. Szczególnie podpadła mi główna bohaterka, Justyna. Autor rzekomo chce podkreślić, jak wspaniałe są kobiety, a z drugiej strony przedstawia Justynę jako istotę wybuchową, niemalże wariatkę, która wciąż reaguje nieadekwatnie do sytuacji, niewierną, płytką i mało bystrą. Apogeum jej naiwności objawiło się w scenie, gdy Justyna rozmawia z Bartkiem przed pierwszą wizytą w jego domu. Przyszły kochanek opowiada jej o kobiecie pracującej w cukierni. "- Nie zrażaj się tą wstrętną babą. (...) Sprzedawczynią. Ma tyle wdzięku, że raczej powinna handlować łajnem krowim, a nie ciastkami. - Łajna krowiego chyba się nie sprzedaje? - Przyjrzała mu się z uwagą." Inteligencja tej kobiety bije po oczach.

   Innym dziwnym zabiegiem, z którym nigdy wcześniej nie spotkałam się w takim natężeniu, jest wplatanie przez autora do książki fragmentów swoich poprzednich powieści. Wypada to nieco narcystycznie, gdyż niemal na każdym kroku natrafiamy na wzmiankę w stylu: "Justyna przypomniała sobie wtedy fragment powieści Piotra Kołodziejczaka takiej i takiej..." lub "Justyna pomyślała, że gdyby ta kobieta przeczytała książkę Piotra Kołodziejczaka taką i taką, to wiedziałaby, że...", a potem cytat z wspomnianej powieści prawie na dwie strony. Myślę, że o wiele lepiej byłoby podarować sobie w przyszłości te trochę niezręczne odwołania do wcześniejszych książek, akcją przecież i tak nie związanych z daną powieścią, i w to miejsce zaaplikować kilka zdań lepiej opisujących motywacje głównych bohaterów. Tego głównie mi zabrakło.

   Styl autora momentami wydawać się może zachowawczy i ostrożny, daleki od obietnic, że "W kajdankach namiętności" jakkolwiek traktuje o namiętności, czy jest książką przeznaczoną dla osób o mocnych nerwach. Seks jest raczej cukierkowy, delikatny. Morderstwa nie są zbyt makabryczne. Niemniej, całość czyta się lekko i w ekspresowym tempie. Niektóre dialogi wypadają całkiem nieźle, nie są sztuczne, czasem natrafimy nawet na wulgaryzmy, co w jakiś sposób dodaje powieści pieprzu.

   "W kajdankach namiętności" to moje pierwsze spotkanie z pisarstwem Piotra Kołodziejczaka. Jeśli miałabym krótko podsumować tę książkę, powiedziałabym, że jest to po prostu przyjemna książka na lato, w sam raz do pociągu czy na ogrodową huśtawkę. Ot, całkiem sympatyczny przerywnik pomiędzy cięższymi lekturami. 

Ocena: 3

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Borgis!



środa, 17 lipca 2013

Księżniczka z lodu (Camilla Lackberg)

"Księżniczka z lodu" ("Isprinsessan") autorstwa Camilli Lackberg
Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2009
424 strony

"Gdy w spokojnym miasteczku Fjallbacka na zachodnim wybrzeżu Szwecji zostaje znaleziona martwa Alexandra Wijkner, wszystko wskazuje na to, że popełniła samobójstwo. Matka kobiety ma jednak wątpliwości i prosi przyjaciółkę córki z dzieciństwa, pisarkę Erikę Falck, żeby przyjrzała się tej tragedii. (...)"


   W czasie, kiedy skandynawskie kryminały były najbardziej modne, ja zapoznałam się tylko z jednym przedstawicielem "gatunku": Stiegiem Larssonem i jego trylogią "Millennium" (chociaż tak właściwie to ostatnia część serii nadal jest przede mną). Szał na Camillę Lackberg ominęłam szerokim łukiem. Aż tu pewnego dnia w bibliotece natknęłam się na kompletny zbiór książek tej szwedzkiej pisarki i pomyślałam sobie, że w gruncie rzeczy to może być coś dla mnie.

   Choć seria autorstwa Camilli Lackberg określana jest jako najlepsza zaraz po "Millennium", wydaje mi się, że i tak opowieść o zbrodniach w Fjallbace zostaje lata świetlne za ciekawie skonstruowanymi powieściami kryminalnymi Larssona, gdzie bohaterowie zapadają w pamięć, a kolejne rozdziały po prostu się połyka. Coś, co łączy jednak tych dwóch autorów, to niewątpliwie tendencja do obsadzania akcji w zimnych, małych miasteczkach, zamieszkiwanych zarówno przez zamożne rodziny, które mają kilka trupów w szafie, jak i przez niższą warstwę społeczną, ludzi, którzy ledwo wiążą koniec z końcem. Gdzieś na drugim planie pojawiają się też istotne problemy, z przemocą domową na czele. Zdaje się, że to chyba typowe tło społeczne dzisiejszej Szwecji. 

   "Księżniczka z lodu" to połączenie powieści kryminalnej i obyczajowej. Autorka poświęca dużo uwagi zarysowaniu historii rodzinnych bohaterów, podziałom społecznym, codziennym zwyczajom, a nawet charakterystycznej dla Fjallbacki architekturze. Te opisy z dużym powodzeniem opóźniają rozwój - nazwijmy to - akcji właściwej, czyli dochodzenia w sprawie morderstwa córki państwa Calgrenów, Alexandry Wijkner, pięknej i młodej jeszcze kobiety, która stanowiła swoistą legendę małego miasteczka, a poza tym była najbliższą przyjaciółką z dzieciństwa Eriki, która razem z Patrikiem Hedstromem, miejscowym policjantem, tworzą parę głównych bohaterów.

   Sama fabuła jest całkiem niezła, skonstruowana przyzwoicie. Początkowe wydarzenia i poszlaki wreszcie zgrabnie łączą się z nowymi odkryciami w śledztwie, prowadząc ostatecznie do rozwiązania zagadki. Niestety jednak, jako że zbyt kolorowo być nie może, niejednokrotnie odniosłam wrażenie, że Camilla Lackberg od czasu do czasu daje się ponieść fantazji i wplata do swojej książki wydarzenia wyjątkowo mało realistyczne, a jeśli nie mało realistyczne, to z całą pewnością głupkowate. Sztandarowym przykładem tego zgrzytu jest scena, w której Erika nad wyraz entuzjastycznie i jak gdyby nigdy nic opowiada przyjacielowi, Danowi, o swojej wizycie w domu Alexandry i myszkowaniu w szufladach zmarłej, w momencie, kiedy absolutnie nikt nieuprawniony do przeszukania nie powinien znajdować się w posiadłości Calgrenów. Rozumiem, że można mieć do swoich przyjaciół bezgraniczne zaufanie, ale nie oznacza to od razu, że o wściubianiu nosa w poważne śledztwo zwykły cywil powinien rozpowiadać z uśmiechem na ustach. Śmierdząca sprawa.

   A sami bohaterowie? Widać, że Lackberg postarała się, żeby na tych czterystu stronach porządnie zapoznać czytelnika z sylwetkami zarówno głównych, jak i bardziej pobocznych bohaterów. Właściwie o każdym z nich można coś powiedzieć. Mamy Andersa, upadłego artystę alkoholika, panią Nelly Lorentz, coś w guście lokalnej celebrytki na emeryturze, a także przerysowanego komisarza Mellberga, który jest tak niekompetentny, że aż wierzyć się nie chce, że ktokolwiek o zdrowych zmysłach mógłby powierzyć mu zwierzchnictwo nad pracą policji (zakładam, że miała to być postać zabawna, ewentualnie trochę groteskowa, wyszło jednak piekielnie irytująco). Patrik Hedstrom to mężczyzna cud, miód i orzeszki, marzenie każdej kobiety, która myśli o mężu i dzieciach, a Erika Falck to odrobinę zbyt ciekawska i trochę rozczarowana życiem trzydziestokilkuletnia autorka biografii słynnych pisarek, która od czasu do czasu działała mi na nerwy, ale nie do tego stopnia, bym zapałała do niej jakąkolwiek niechęcią.

   Choć "Księżniczka z lodu" nie jest powieścią wolną od wad, to byłabym niesprawiedliwa twierdząc, że była to książka mierna. Naprawdę da się ją czytać, choć nie do końca uważam ją za udany kryminał. Zabrakło mi trochę napięcia i zrównoważenia w kreowaniu bohaterów - część postaci została przedstawiona jak trzeba, niczym ludzie z krwi i kości, inne natomiast są jak wyjęte żywcem z kiepskiego serialu komediowego. Staram się jednak nie zapominać, że jest to pierwsza powieść Camilli Lackberg i bądź co bądź, jak na debiut jest całkiem udana, dlatego też w najbliższym czasie dam tej serii kolejną szansę. Dla miłośników skandynawskich kryminałów będzie to zapewne bardzo dobra lektura, innym nie polecam szczególnie gorąco, ale też nie odradzam.

Ocena: 4
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...