środa, 22 sierpnia 2012

Nowe zdobycze, czyli stosik na wrzesień


Brak mi słów na moje czytelnicze lenistwo, które dopadło mnie ostatnimi czasy. Było już tak dobrze: wszystkie książki, po które sięgałam, okazywały się wciągające, czytałam je niemalże bez przerwy i z nieukrywaną przyjemnością. Dobra passa nie trwała jednak zbyt długo. Nadszedł dzień, kiedy sięgnęłam po "Zamachowca" Lizy Marklund i wtedy wszystko stanęło w miejscu. Utknęłam z tą książką, męczę ją już drugi tydzień, a jestem zaledwie w połowie. Właściwie nie wiem, dlaczego tak się dzieje, bo powieść wcale nie jest nudna, ani źle napisana, a jednak... Czyżby dopadło mnie zmęczenie materiału? Nie mogę sobie na to pozwolić, tym bardziej, że tyle nowości czeka na mojej półce!


Oto książki, które stały się moimi planami czytelniczymi na najbliższy miesiąc:

1) Studium w szkarłacie, Znak czterech, Pies Baskervillów, Dolina Strachu - Cztery powieści z cyklu o Sherlocku Holmesie. Po prostu pakiet obowiązkowy. Zawsze chciałam przeczytać coś więcej niż tylko opowiadania o przygodach słynnego detektywa i nareszcie przygarnęłam do siebie wszystkie powieści sir Arthura Conana Doyle'a - w dodatku w bardzo ciekawej szacie graficznej i z wydawnictwa mieszczącego się w moim rodzinnym Toruniu. :)
2) Biblioteka cieni, Mikkel Birkegaard - Już dawno temu natknęłam się na tę książkę podczas mojego zwyczajowego przeglądania strony Empiku. Zainteresowała mnie historia i mroczna atmosfera zapowiadana w opisie, dlatego nie zastanawiałam się długo, kiedy znalazłam Bibliotekę cieni w... bibliotece. ;)
3) W pierścieniu ognia, Suzanne Collins - Druga część znanym chyba już wszystkim Igrzysk Śmierci. Pierwszy tom przypadł mi do gustu, i to niebywale, więc logicznym jest, że musiałam przytulić do siebie ciąg dalszy historii Katniss i dwunastego dystryktu.
4) Zamachowiec, Liza Marklund - Jeśli chodzi o Czarną Serię wydawnictwa Czarna Owca, jak dotąd przeczytałam tylko dwie części trylogii Millennium. Teraz przyszło na kolejny szwedzki kryminał, tym razem już nie tak wciągający, jak powieści Stiega Larssona. Możecie spodziewać się recenzji tej książki w najbliższym czasie.
5) The Carrie Diaries, Candace Bushnell - A to odrobinę inna sprawa, niż poprzednie książki. Zwykle nie czytam takich lekkich, typowo kobiecych książek, które z zasady są dość przewidywalne i prezentują marny poziom literacki, jednak kiedy zobaczyłam to śliczne wydanie w Empiku, pomyślałam sobie, że warto mieć tę książkę na własność, chociażby ze względu na jej walory wizualne, choć nie bez znaczenia był też fakt, iż jest to wydanie w języku angielskim, który od października będzie towarzyszył mi od poniedziałku do piątku. :)

Czytaliście coś z tego stosiku, a może którąś z tych książek chcielibyście przeczytać? Z chęcią o tym przeczytam. :)

wtorek, 7 sierpnia 2012

Tarantula (Thierry Jonquet)

Autor: Thierry Jonquet
Tytuł: Tarantula
Tytuł oryginału: Mygale
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, Warszawa 2008
Pierwsze wydanie: 1984
Przekład: Tadeusz Markowski
Liczba stron: 128

Pierwsze zdanie:
"Richard Lafargue wolno kroczył żwirową aleją, która prowadziła do ukrytego w zaroślach stawu."

Nota wydawcy:
"Kim jest piękna Ewa, z którą wzięty chirurg plastyczny, Richard Lafargue, pokazuje się na przyjęciach, a potem zamyka ją w piwnicy swej eleganckiej willi? Dlaczego Ewa czasem tak subtelnie się uśmiecha, a on wtedy z trudem ukrywa wściekłość i ból? Czemu są razem, skoro jest między nimi tyle wrogości? Jaka tajemnica mogła połączyć ze sobą tych dwoje? Dlaczego piękny tekst piosenki "The Man I Love" stał się dla nich sposobem na wyrażanie absolutnej nienawiści w najczystszej postaci?

Moja recenzja:
     Tak się składa, że lubię czytać o niezrównoważonych psychicznie ludziach i o zwierzęcym okrucieństwie. W świecie literatury oklepanej, wtórnej i schematycznej nic dziwnego, że człowiek łaknie nowych wrażeń  - czegoś, co jeszcze nim wstrząśnie. Po kilkunastu przygodach z thrillerami i soczystymi kryminałami opisy zbrodni powszednieją, i coraz trudniej jest czytelnika zaskoczyć. Dlatego też, gdy przeczytałam recenzję "Tarantuli", opisującą tę powieść jako historię o ludziach pozbawionych wszelkich skrupułów, zimnych i skupionych wyłącznie na czynieniu czystego zła, nie było mowy, abym nie przygarnęła tej książki na moją półkę.
     Na tych stu stronach francuski pisarz Thierry Jonquet opowiedział historie, które początkowo nie mają ze sobą wiele wspólnego, lecz z biegiem czasu zaczynają się splatać i coraz bardziej od siebie uzależniać. Doświadczony chirurg plastyczny, Lafargue, mieszka w eleganckiej posiadłości wraz z Ewą. Wszyscy mają tę kobietę za kochankę Lafargue'a, jednak daleko im od poznania prawdy. 
     Alex Barny ukrywa się przed wymiarem sprawiedliwości po tym, jak obrabował bank i zamordował policjanta. Aby móc wieść na nowo normalne życie, potrzebuje operacji plastycznej - nikt nie może rozpoznać jego twarzy. Gdy pewnego dnia w telewizji widzi wywiad z Lafargue'm, Alex już wie, jaki będzie jego kolejny krok. Żaden z mężczyzn jednak nie spodziewa się, że łączy ich pewne ogniwo - Ewa. 
     Napis na okładce mówi, że "Tarantula" to "historia kata i jego ofiary". Zasadniczym pytaniem, jakie stawia ta powieść, jest jednak: "Kto jest katem, a kto ofiarą?" Jak zachowuje się człowiek, który musi patrzeć na cierpienie najbliższej osoby? Jak trudno jest później znieść świadomość, że nie można w żaden sposób pomóc człowiekowi, którego się kocha? Czy w ogóle można wybaczyć komuś, kto skrzywdził nasze dziecko? Na ile usprawiedliwiona jest wtedy zemsta? I wreszcie - czy prawdą jest istnienie karmy, która prędzej czy później nad dopada? Czy kat może stać się ofiarą? A może staje się ofiarą, ale nigdy nie przestaje być katem?
     Nie mnie oceniać zachowanie głównego bohatera, nazywanego Tarantulą. Bo pomimo jego częściowego okrucieństwa nie potrafię odrzucić myśli, że działał on w imię czegoś wyższego. Jego brutalność była uzasadniona i nie tak rażąca, gdy poznało się już dokładnie historię jego życia. 
     Powieść Thierry'ego Jonqueta uważam za wartościową o tyle, że gdy początkowo ukazany w niej podział świata jest klarowny, dobro i zło jest jak biel i czerń, to później kolory zaczynają mieszać się ze sobą, pokazując coś więcej - rzeczywistość. Taką rzeczywistość, w której człowiek często nie ma pojęcia, po której stanąć stronie, bo każda ma w sobie coś słusznego, ale i odrzucającego. "Tarantula" to skromny kawałek prozy, która pokazuje niewiele więcej i niewiele mniej niż prawdę. Mnie ona trochę przeraża i przytłacza, ale nadal chcę o niej czytać. Polecam.

Ocena: 5/6

niedziela, 5 sierpnia 2012

Zieleń szmaragdu (Kerstin Gier)

Autorka: Kerstin Gier
Tytuł: Zieleń szmaragdu
Tytuł oryginału: Smaragdgrun
Seria: Trylogia czasu
Wydawnictwo: Literacki Egmont, Warszawa 2012
Przekład: Agata Janiszewska
Liczba stron: 456

Pierwsze zdanie:
"- Będzie paskudna blizna - oznajmił lekarz, opatrując Paulowi ranę."

Nota wydawcy:
"Co robi dziewczyna, której właśnie złamano serce? To proste: gada przez telefon z przyjaciółką, pochłania czekoladę i całymi dniami rozpamiętuje swoje nieszczęście. Ale Gwen - podróżniczka w czasie mimo woli - musi wziąć się w garść, chociażby po to, żeby przeżyć. Nici intryg z przeszłości także dziś splatają się w zabójczą sieć. Złowrogi hrabia de Saint Germain jest bardzo bliski swojego celu. Gwendolyn musi stanąć do walki o prawdę, miłość i... własne życie."

Moja recenzja:
     Najgorsze książki to takie, o których nie mamy nic do powiedzenia. To przykre, ale gdy po przeczytaniu ostatniego zdania "Zieleni szmaragdu" zasiadam do napisania recenzji, właściwie w głowie mam pustkę. Trylogia dobiegła końca, a ja nie mogę pozbyć się wrażenia, że w ogóle się na dobrą sprawę nie zaczęła. Zanim akcja zdążyła się porządnie rozkręcić, było już po wszystkim.
     W trzecim tomie cyklu wszystko zaczyna się wyjaśniać. W ekspresowym tempie historia Gwendolyn Shepherd, szesnastoletniej nosicielki genu podróży w czasie, zmierza ku końcowi. Tak właściwie cała opowieść rozłożona na trzy części rozgrywa się na przestrzeni kilku dni, w których Gwen najpierw dowiaduje się, że to ona, a nie jej idealna kuzynka Charlotta, potrafi przenosić się w przeszłość, potem zakochuje się w aroganckim Gideonie, który zaledwie chwilę później okazuje się zupełnie niearogancki, a czuły i romantyczny, by ostatecznie poznać swoje prawdziwe korzenie i rozwikłać zagadkę hrabiego de Saint Germain oraz dającego nieśmiertelność kamienia filozoficznego zamkniętego w chronografie, maszynie, która pozwala podróżować w czasie nosicielom genu. Choć historia ta mogłaby służyć za materiał do pokaźnych rozmiarów powieści, zamyka się ona na kilkuset stronach i ostatecznie wydaje się być trochę zmarnowana i nie rozwinięta na tyle, na ile powinna zostać rozwinięta. 
     Być może skrótowość to typowa cecha literatury młodzieżowej, nastawionej na szybką i nieskomplikowaną akcję. Mi jednak zabrakło w tym cyklu PRAWDZIWEJ, dobrze skonstruowanej intrygi, strachu o los głównych bohaterów, jakiegokolwiek czynnika, który sprawiłby, że nie mogłabym odłożyć książki, dopóki nie poznałabym zakończenia. A tymczasem powieść przedstawia postaci, którym niemal zawsze wszystko się udaje, a nawet kiedy dotykają je drobne niepowodzenia, wszystko kończy się szczęśliwie - w mniej lub bardziej prawdopodobny sposób. Ciekawym wątkiem, jednakże, była historia Lucy i Paula, podróżników - buntowników, sprawców całego zamieszania opisanego na kartach Trylogii czasu, i poniekąd także wydarzenia dotyczące czarnego charakteru powieści, czyli hrabiego de Saint Germain, którego prawdziwa tożsamość ujawniona dopiero na końcu naprawdę mnie zaskoczyła. 
     "Zieleń szmaragdu" to nie najgorsze zakończenie trylogii, choć daleko jej do naprawdę dobrego czytadła. Pomimo lekkiego stylu, jakim posługuje się Kerstin Gier, chwilami odczuwałam znużenie lekturą i wbrew niewielkiej objętości, czytałam tę powieść kilka dni. Naprawdę nie rozumiem fenomenu tego cyklu - tak wiele osób zachwyca się historią, bohaterami... Moim zdaniem bohaterowie nie wnoszą niczego nowego, są jedynie powieleniem schematów, podobnie jak sama opowieść nie grzeszy oryginalnością. Niewiele mówiąc, Trylogia czasu nie jest gniotem, szmirą, kompletnym dnem, ale nie jest też literackim objawieniem. Z przykrością muszę stwierdzić, że pomimo pięknej oprawy graficznej i wielkiego szumu, cykl ten jest po prostu przeciętny. Z drobną tendencją w stronę dobrego.

Ocena: 4-

poniedziałek, 30 lipca 2012

Błękit szafiru (Kerstin Gier)

Autorka: Kerstin Gier
Tytuł: Błękit szafiru
Tytuł oryginału: Saphirblau
Seria: Trylogia czasu, tom drugi
Wydawnictwo: Literacki Egmont, Warszawa 2011
Przekład: Agata Janiszewska
Liczba stron: 364

Dedykacja:
"Frank, bez Ciebie bym sobie nie poradziła."

Pierwsze zdanie:
"W zaułkach Southwark było ciemno i pusto."

Nota wydawcy: 
"Błękit Szafiru to już drugi tom Trylogii czasu. Gwendolyn i Gideon zapatrzeni w siebie wrócili właśnie z początku XX wieku. Ale sprawy tylko się skomplikowały. Czy Strażnicy mają rację, uznając Lucy i Paula za przestępców, czy też może mylą się w swej wierności hrabiemu de Saint Germain? Gwendolyn jako jedyna zdaje się mieć wątpliwości. Uczucia Gideona do Gwen wystawione zostają na najpoważniejszą próbę..."

Moja recenzja:
     Zdania co do kontynuacji popularnych powieści są zwykle podzielone. Czasami sequel okazuje się lepszy od poprzednika, czasem wręcz odwrotnie, wydaje się być pisany na siłę, pod presją czasu albo pod publikę. Całe szczęście, że "Błękit szafiru", tom drugi bestsellerowej Trylogii czasu, mogę z czystym sumieniem zakwalifikować do pierwszej kategorii.
     Akcja powieści zaczyna się dokładnie w tym momencie, na którym stanął opis wydarzeń w "Czerwieni rubinu" - dlatego też myślę, że najlepiej jest czytać te książki po kolei, w niewielkim odstępie czasu; inaczej łatwo będzie się pogubić. Już od pierwszych stron śledzimy rozwój romansu Gwen i Gideona. Powróciwszy z misji z przeszłości, dwójka młodych ludzi musi uporać się z tym, co między nimi rozkwitło. Romantyczny nastrój burzy jednak rzeczywistość, w której Gwendolyn próbuje znaleźć odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Jaką rolę tak naprawdę odgrywa w całym tym przedsięwzięciu? Dlaczego nikt nie chce jej zaufać? Jaka jest jej moc, zwana "magią kruka"? Fabuła "Błękitu szafiru" mknie do przodu dość szybko i sprawnie, w powieści pojawia się także więcej zabawnych momentów. Nutka humoru jest zasługą przede wszystkim mojej ulubionej postaci, Xemeriusa - duchowi gargulca, który rozpaczliwie poszukuje towarzystwa. 
     Miło, że Kerstin Gier w swojej drugiej powieści rozwinęła większość wątków w taki sposób, że całą lekturę czytało się przyjemnie. Odniosłam też wrażenie, że styl stał się pełniejszy i ciekawszy. Nadal jednak nie uważam Trylogii czasu za wyjątkowo dobrą książkę. Szczególnie przez główną bohaterkę, której głównym zajęciem jest myślenie o Gideonie i całowaniu. Nie przepadam za takimi naiwnymi, schematycznymi postaciami. Ot, zakompleksiona nastolatka z parciem na faceta, wspierana przez jedną wierną przyjaciółkę, walcząca z idealną kuzynką. To model bohaterki często powielany w literaturze młodzieżowej i przyznam, że mi zdążył się już przejeść. Najlepiej wykreowanymi postaciami w tym cyklu są bezapelacyjnie duchy - barwne i zabawne, z ciekawą przeszłością, pomocne i rezolutne. To chyba właśnie ta garstka bohaterów nadaje Trylogii czasu uroku i sprawia, że z chęcią przewraca się kolejne strony.
     Choć "Błękit szafiru" nie wywarł na mnie niezapomnianego wrażenia, sięgnę po ostatnią część trylogii, by dowiedzieć się, jak zakończy się cała historia. Czy mogę tę powieść polecić? Hm, raczej nie otrzyma ona mojej szczerej rekomendacji. Wydaje mi się, że na rynku wydawniczym można znaleźć o wiele więcej wartościowych powieści z tego gatunku - szczególnie dla odrobinkę starszych czytelniczek. Niemniej, dla czternastolatek Trylogia czasu zapewne będzie dobrym wyborem. 

Ocena: 4-
     

piątek, 27 lipca 2012

Czerwień rubinu (Kerstin Gier)

Autorka: Kerstin Gier
Tytuł: Czerwień rubinu
Tytuł oryginału: Rubinrot
Seria: Trylogia czasu, tom pierwszy
Wydawnictwo: Literacki Egmont, Warszawa 2011
Przekład: Agata Janiszewska
Liczba stron: 344

Dedykacja:
"Dla łosia, delfina i sowy, które tak wiernie towarzyszyły mi podczas pisania i dla pewnego małego czerwonego piętrowego autobusu, który przyniósł mi szczęście dokładnie we właściwym czasie".

Pierwsze zdanie:
"Dziewczyna osunęła się na kolana i wybuchnęła płaczem".

Nota wydawcy:
"Gwendolyn ma szesnaście lat, dwoje rodzeństwa, oddaną przyjaciółkę w klasie i lekko dziwaczną rodzinę. Z dnia na dzień dowiaduje się, że jest obdarzona genem podróży w czasie. Drugim podróżnikiem jest niejaki Gideon - bezczelny, arogancki, choć bosko przystojny młodzian, który tajną misję najchętniej zachowałby wyłącznie dla siebie. Ale bez Gwendolyn nie uda mu się misji wypełnić... Podróże w czasie, niebezpieczeństwa czyhające w najmniej spodziewanym momencie, miłość, która nie zna granic czasu... (...)".

Moja recenzja:
     Do niedawna uparcie twierdziłam, że wyrosłam już na dobre z typowej literatury młodzieżowej i chcąc, nie chcąc, powinnam się z nią raz na zawsze pożegnać (robiąc drobne wyjątki dla pozycji obowiązkowych). Właściwie udawało mi się trwać w tym postanowieniu przez całkiem długi czas, jednak mój czytelniczy światopogląd został zachwiany w momencie, gdy na bibliotecznej półce dostrzegłam trzy pięknie wydane tomy "Trylogii czasu", o której naczytałam się na wszelakich blogach mnóstwo pochlebnych opinii. Niewiele się zastanawiając, mruknęłam w myślach "A co mi tam!" i z trzema książkami pod pachą wróciłam do domu, pełna wiary w to, iż okażą się one warte mojego czasu i, co ważne, złamanego postanowienia. Ale wychodzi na to, że albo jestem jakaś inna, albo naprawdę wyrosłam z takich książek. 
     Kerstin Gier, niemiecka pisarka, postanowiła akcję swoich powieści obsadzić wbrew pozorom  nie w Niemczech, a we współczesnym Londynie. Główna bohaterka, Gwendolyn, to przeciętna nastolatka (schemat?), jedyne, co ją wyróżnia, to fakt, że należy ona do dość specyficznej rodziny z tradycjami. Mieszka w dużej posiadłości wraz z mamą i rodzeństwem oraz z babką, ciotką i kuzynką Charlottą, która rzekomo jest kolejną kobietą w linii podróżniczek w czasie. Od najmłodszych lat Charlotta jest szkolona, by w przyszłości łatwiej mogła odnajdywać się we wszystkich realiach, jakie cechowały minione lata. Wreszcie nadchodzi ten dzień, kiedy dziewczyna zaczyna odczuwać charakterystyczne objawy zwiastujące pierwszą podróż w czasie. Dookoła wybucha podniecenie i nerwowe wyczekiwanie, jednak... czas mija, a nie dzieje się nic. I wtedy właśnie niepozorna Gwendolyn wychodzi do sklepu, by kupić cukierki dla swojej ciotki, a po chwili spostrzega, że przeniosła się w czasie.
     Początek powieści czyta się całkiem przyjemnie. Narratorką jest szesnastoletnia Gwen - to z jej perspektywy poznajemy wszystkie wydarzenia. Łatwo więc stwierdzić, że książka nie grzeszy kwiecistym stylem - język jest prosty, odpowiedni dla młodego odbiorcy, nie ma w nim nic charakterystycznego. Jednak im dalej w las, tym bardziej wychodzi na jaw przewidywalność tej historii. Rzekomo arogancki Gideon, podróżnik w czasie o trzy lata starszy od głównej bohaterki, kreowany jest początkowo na nieprzyjemnego typa, którego Gwen nigdy nie polubi, prędko jednak staje się jasne jak słońce, że ci dwoje lada chwila staną się parą. W ich szczeniackich przekomarzaniach nie ma niczego oryginalnego ani zaskakującego. Zresztą można by tak określić całą fabułę: na 300 stronach nie wydarzyło się prawie nic naprawdę wciągającego. 
     "Czerwień rubinu" to właściwie dopiero wprowadzenie do całej trylogii, w której, jak sądzę, każdy tom odpowiada kolejno prologowi, rozwinięciu i zakończeniu. Przez ten zabieg pierwsza część jest trochę monotonna - mniej więcej od połowy książki musiałam zmuszać się do przewracania następnych kartek. Jestem wobec tego rozczarowana - nie zauważyłam w tej powieści ani szczególnie zabawnych momentów (z wyjątkiem kilku scen, które mogłabym zliczyć na palcach jednej ręki), nie porwała mnie także historia miłosna. Same podróże w czasie zostały opisane znośnie, choć nadal nie z odpowiednim rozmachem. Co do głównej bohaterki - irytowała mnie chwilami swoją ograniczoną wiedzą; poza tym, była znośna, nie wybiła się jednak ponad przeciętną.
     Mam jeszcze nadzieję, że kolejny tom - "Błękit szafiru" - okaże się ciekawszą lekturą od swojej poprzedniczki. Bo, jak widać, piękna okładka i ogromny napis "BESTSELLER", to jeszcze nie wszystko. 

Ocena: 3+/6

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...